niedziela, 30 maja 2010

co? jajo! - czyli ciekawostki językowe i nie tylko...

Nauka języków obcych może być całkiem zabawna. Albo przerażająca. Dobrze, że przed przyjazdem tutaj przeczytałam gdzieś w internecie, że "dzień dobry" Holendrzy wymawiają w sposób "zabawny" dla Polaka. Obok bowiem standardowego goede daag (czyt. chude daach), pozdrawiają się słowami: goeie daag (g=ch, oe=u, i=j) - kto rozwiąże zagadkę, zrozumie zażenowanie Polaka pozdrawianego takimi słowami :) Innym elementem języka, który mnie swojego czasu rozbawił było niewiele znaczące Ja, joh jako twierdząca odpowiedź na pytanie. Gdybym się w Polsce pomyliła i odpowiedziała na pytanie słowem jajo! - to raczej nie zostałoby to uznana za miłą osobę - ewentualnie za nieco niezrównoważoną. Podobnie rzecz się ma z niemieckim zakrętem (die Kurve) oraz z szukaniem czegokolwiek (a zwłaszcza kogokolwiek) w Czechach... Niezwykle ważna jest też niestety wymowa poszczególnych słów - w języku niderlandzkim wyjątkowo trudna, bo połączenia różnych samogłosek, czasem nawet trzech naraz, są nie dość że strasznie trudne do wymówienia, to jeszcze do zapamiętania co w jaki sposób wymówić należy.* Na ten przykład, na ostatniej lekcji ducza dowiedziałam się, że po naszemu wymówione (czyli tak jak się pisze) słowo huur (wynajem) oznacza - przepraszam za wyrażenie - dziwkę. Wymawiać je należy hiur (czy jakoś tak...). Łatwo sie domyślić miny Holendra, którego informuje się o swoich planach dotyczących wynajmu używając niewłaściwej wymowy... Ech, łatwo nie jest, ale jak już się nauczę, to będę z siebie naprawdę dumna :) Tak po prawdzie to już trochę jestem - straszny nauczyciel z zajęć środowych ostatnio popatrzył z podziwem na moje postępy w tak krótkim czasie, a pani z piątku też nie kryła zdziwienia, że tak dobrze mi idzie. 90% zasługi należy przypisać tym wszystkim, którzy swego czasu uczyli mnie niemieckiego i angielskiego, bo dzięki znajomości tych języków holenderski wydaje mi się całkiem łatwy (a przynajmniej jego pisana wersja...).


Co do innych ciekawostek, to niesamowicie się patrzy na Holendrów na rowerach i to wszystko, co do owych rowerów są w stanie przyczepić. Niestety, ostatnio nie miałam aparatu, kiedy widziałam psa w przyczepce z boku roweru, ale nauczę się mieć go zawsze przy sobie. Również najrozmaitsze siedzonka dla dzieci i przyczepki służące jako bagażnik... Niemal każdy (jeśli nie każdy) rower jest też wyposażony w zamek zabezpieczający przed kradzieżą. Co prawda, należy też zapinać rowery łańcuchem (ostatnio sobie taki nabyłam, jako że planuję dalsze wycieczki niż po najbliższej okolicy), bo podobno kradzieże tego środka lokomocji to tutaj codzienność. J. mówi, że podczas swoich studiów miała 11 rowerów! Mam więc wrażenie, że Holandia wcale nie leży tak daleko od Polski... Podobna refleksja naszła mnie wczoraj w parku - bądź co bądź pięknym... Takie opakowania po różnych rzeczach, papierki i butelki można znaleźć niestety nawet w najpiękniejszych miejscach - zupełnie jak u nas, niestety...

A to moja Gazela - przepadam za tym rowerem! Co prawda, nie mam jeszcze pojęcia, jak przetransportuję go do Polski, ale jeśli za tych kilka miesięcy ciągle jeszcze będę go miała (znaczy jeśli mi nie ukradną), to wrócić ze mną musi. W ostateczności na niej przyjadę, choć to pojazd stanowczo miejski.





* w skrócie i niepełnie, ale nakreślając zasadę tutaj: http://www.wiatrak.nl/224/jezyk-holenderski/

czwartek, 27 maja 2010

pogrzeb smoczka, czyli dziecko dorasta...

Urodziny Annique były piękne. To bardzo motywujące, kiedy obdarowana osoba potrafi tak ładnie się cieszyć z tego, co dostaje. Ode mnie na przykład dostała budzik z disneyowskimi księżniczkami (ma fijoła na ich punkcie i wszystko co posiada musi mieć na początku albo princess- albo Dora-*) i zachwyciła się nim tak - mimo że jeszcze nie zna się na zagarku - że chodziła z nim wszędzie i chwaliła się nim swoim gościom. Bardzo mnie to ucieszyło.
Gra, która niemal spędzała mi sen z powiek (ach, naprawdę się stresowałam tym, czy się uda - to był od początku do końca mój pomysł i było kilka rzeczy, które mogły nie wyjść) udała się przy pomocy babci Annique, która poprowadziła ją po holendersku. Dzieciaki wykonały wszystkie zadania, zebrały wszystkie części mapy i znalazły żabę, którą pocałunkiem należało zmienić w księcia. Udało się i dzieci dostały niewielkie prezenty od wdzięcznego króla - ojca odnalezionego księcia. Swoją drogą (ja się już nie orientuję bo dawno nie byłam na żadnych dziecięcych urodzinach), czy w Polsce też jest zwyczaj, że jubilat daje prezenty swoim gościom? Bo tutaj jest to coraz popularniejsze...

Przyjęcie urodzinowe w każdym razie się udało - Annique dostała piękne prezenty, szaleje na punkcie swojej trampoliny (princess-trampoline, gdyż mama udekorowała ją księżniczkami). Stwierdziła również - czym nas mocno zaskoczyła -  że skoro jest już duża (4 lata to poważny wiek), to pogrzebie w ogródku swój smoczek, bez którego do tej pory nie mogła spać. Byłam pod wrażeniem! Pierwsza noc była trudna, w końcu przyzwyczajenie to druga natura człowieka, jednak teraz jest już lepiej.
Myślę, że każdy człowiek ma jakieś swoje smoczki, które z biegiem czasu musi zostawić za sobą... Takim, który przychodzi mi na myśl jako pierwszy to zostanie rodzicem i konieczność zrezygnowania z różnych przyjemności na rzecz tego małego człowieka, który się pojawił. To też małżeństwo, czy miłość w ogóle... osiągnięcie pełnoletności, zmiana szkoły na jakąś wyższą, wyprowadzka z domu rodzinnego... - na szczęście na miejsce pochowanego smoczka pojawia się zawsze nowa wartość, nowy etap, który jakoś przewyższa dotychczasowy :) Jak widać, mam czas na myślenie i zwyczajowe u mnie zastanawianie się na światem :) Cieszę się tylko, że niektóre cechy dziecka nie przeszkadzają w dorosłym życiu - oczywiście, wypróbowałam już trampolinę osobiście...



* Dora, the explorer - bardzo ciekawa bajka edukacyjna znana w wielu krajach. W Polsce niestety o niej nie słyszałam.

wtorek, 25 maja 2010

pijany żeglarz na mini-farmie

Ostatni weekend był kompletnie wyczerpujący, acz satysfakcjonujący. W sobotę kontynuowałam przygotowania do gry plenerowej dla dzieciaków (nie wiedziałam, że będę się tym aż tak przejmować...), a po południu wzięłyśmy z Jeanette dziewczynki do karety, trzecią, bratanicę J., na rower i popedałowałyśmy w kierunku mini-farmy. Znaczy, początkowo w tym kierunku, po po wyjeździe na ulicę okazało się, że jedna z opon wspomnianej karety (dwuosobowy wózek dla dzieci montowany jak przyczepka z tyłu roweru) jest obrzydliwym flakiem i nie daje się napompować - zwraca natychmiast całe otrzymane powietrze. Zmieniwszy więc nieco plany, podążyłyśmy w kierunku serwisu rowerowego. Pan w serwisie założył dętkę z powrotem na koło, napompował i mogłyśmy ruszyć na spotkanie kolejnej przygody. Mini-farma jest miejscem permanentnie przyjemnym, więc czas tam spędzony to sama radość. Zwłaszcza, że Femke - 7-letnia bratanica Jeanette postanowiła uczyć mnie ducza. I w ramach tej nauki uparła się nauczyć mnie słów znanej szanty o nietrzeźwym żeglarzu. Zdziwiła się, że znam tę melodię, nauczyła mnie refrenu, po czym chciała, żebym śpiewała razem z nią wszystkie fefnaście zwrotek - oczywiście po holendersku. Zbuntowałam się i postanowiłam ją nauczyć jednej zwrotki po polsku. Tej o zęzie.* Nie męczyła mnie już tym więcej... Zdjęcia z farmy wrzucę dziś wieczorem na chomika (zachęcam do klikania na drzwi po lewej). Kiedy wracałyśmy okazało się, że koło od żółtego cuda znowu wykazuje cechy flaka, a kiedy J. chciała je napompować, to wzięło cholerstwo i pękło. A taka wygodna sprawa ta kareta! Teraz nie wiadomo, kiedy będzie można jej znowu użyć. Szkoda - to był jedyny sposób podróżowania rowerem razem z Noeme...
Po powrocie Annique szybko poszła się wykąpać i spać, a my - razem z bratem i sąsiadem J. - mogliśmy wziąć się za instalowanie w ogrodzie urodzinowej trampoliny. Pokazałam panom, że "Polak potrafi" ułatwiwszy im nieco pracę poprzez niewielką wskazówkę. Zdziwili się, że kobieta może mieć praktyczne pomysły. A co! 
Kiedy już trampolina była gotowa do użycia i łaskawie przetestowana przez Femke, zebrałam się i pojechałam na ten cały nocny bazar. Impreza rzeczywiście jest ogromna - całe centrum miasta zastawione straganami z używanymi rzeczami. Podobno Holendrzy z całego kraju przyjeżdżają na ten bazar sprzedawać bądź kupować. A sprzedają (i kupują) wszystko - od wielkich garów poprzez sprzęt AGD i RTV, ubrania, książki, zabawki, po rowery i meble. Widziałam nawet mostek do ogrodu - taki biały i romantyczny. Chyba tylko zwierząt nie widziałam (poza tymi w kebabie). Możliwe jednak, że do zwierząt nie doszłam. Spotkawszy na miejscu bratową J. i jej przyjaciółkę mogłam przestać się martwić o autobus powrotny i zostać trochę dłużej, bo one przyjechały samochodem i mogły mnie podrzucić do domu. Gdybym tylko wiedziała, jak ogromny jest fijoł Carline na punkcie zakupów, to jednak wybrałabym się na ten autobus. A tak wróciłam koło drugiej nad ranem z perspektywą pobudki o 7 i całego dnia intensywnej pracy. Nie żałuję jednak (teraz nie żałuję, kiedy już się wyspałam), bo zobaczyłam - i poczułam we własnych nogach - coś niezwykłego oraz nabyłam kilka naprawdę sympatycznych rzeczy: piękną i praktyczną torebkę sztruksową - wygodną na krótkie wycieczki rowerowe (50 centów), jedwabną tunikę ze zdobieniami (1,5 €), film "All the pretty horses" - po angielsku, ale z polskimi, niderlandzkimi i jeszcze jakimiś napisami. Będę mogła więc na nim uczyć się dwóch języków, a jak wrócę, pokazać go znajomym. Kosztował mnie 1 €. Zdobyłam też broszkę, ktorą sprzedawczyni mi po prostu podarowała. Razem wziąwszy, całkiem miłe zakupy zrobiłam, nie wydawszy na nie nawet 5 Euro (dokładnie wydałam 3 €, czyli ok. 12 zł). Tyle że następnego dnia byłam totalnie zmęczona. A o owym następnym dniu napiszę następnym razem, bo teraz biegnę gotować obiad...



* zwrotka ta brzmi: W zęzę złożywszy wężem go lejmy. - łatwo sobie wyobrazić minę młodej damy, kiedy to usłyszała oraz kiedy próbowała powtórzyć...

sobota, 22 maja 2010

Patrz, bociek! -czyli tu też są Polacy...

No właśnie - do tej pory tylko słyszałam, że w Tilburgu można spotkać Polaka, a teraz sama tego doświadczyłam. Niesamowicie sympatyczna sprawa taki drugi Polak (w tym przypadku Polka) na obczyźnie... Beatę poznałam przez moją rodzinę goszczącą i dobrze było porozmawiać bez zastanawiania się nad słowami o tym, jak się tutaj żyje. Beata powiedziała mi na przykład, że dziś w mieście będzie się odbywał doroczny nocny bazar i że warto tam pójśc chociaż po to, żeby zobaczyć, jak to wygląda. No to się wybieram. Sama, bo przecież dzieciaki muszą iść spać, a ktos musi z nimi zostać oraz Beata ma gości z Polski i nie mieliby dla mnie miejsca w samochodzie. Wieczorem, jak już zamontujemy trampolinę (prezent urodzinowy dla Annique) w ogrodzie, wsiądę w autobus i powiem: witaj kolejna przygodo! Zapewne zgubię się gdzieś po drodze, ale od czego jest mapa i znajomość języków obcych? Za długo też tam pewnie nie zabawię, bo jutro czeka nas intensywny dzień - urodziny Annique. Napisałam scenariusz gry dla dzieci, wymyśliłam zadania, prawie wszystko juz jest przygotowane. Jeanette przetłumaczyła rzecz na holenderski a ktoś z rodziny poprowadzi sprawę - ja będę tylko kontrolować z boku. Tyle sie napracowałam, że teraz tylko się martwię, czy wszystkim się spodoba - lub, czy w ogole komukolwiek się spodoba mój pomysł. Nic to - pożyjemy, zobaczymy. A teraz sie zbieram, o wrażeniach opowiem następnym razem :)

czwartek, 20 maja 2010

różne różności


Przedrzeźnia mnie jakiś chomik... 

A tak serio - jak zauważyliście zapewne, nieco dodałam na moim blogu (zamiast się uczyć ducza - to pewnie ze stresu tak trudno mi usiąść do nauki... ;) ) i teraz po kliknięciu na te piękne zdjęcie drzwi po lewej stronie (zrobiłam je dzisiaj rano wracając z day-care Noeme) można wejść na mojego chomika i obejrzeć zdjęcia, które tam powrzucałam. Można też posłuchać - polecam szczególnie. Wiem, że zapewne istnieje mnóstwo lepszych narzędzi, żeby umieścić swoje zdjęcia czy nagrania w internecie i udostępnić je innym. Na to rozwiązanie jednak sama wpadłam i sama ustawiłam to zdjęcie (samodzielnie je uprzednio zrobiwszy) i jestem z siebie dumna :) Pliki, o których piszę są w galerii - trzeba po prostu wejść w folder "galeria" i oglądać. Nie ma ich na razie za dużo, bo niestety zapomniałam, że aparat mojej siostry (Ola, jestem Ci niesamowicie wdzięczna, że mi go pożyczyłaś - wielki buziak!) zjada baterie nawet jak jest wyłączony i przypomina mi o tym w najgorszych momentach - zawsze jak chcę zrobic zdjęcia, oczywiście. Nauczę się jednak nosić zawsze ze sobą dodatkowe dwa paluszki alkaliczne i wyjmowawać je po użyciu przyrządu. Będzie dobrze :) Obawiam się, że dźwięki trzeba ściągnąć na swój komputer, żeby je odtworzyć, ale na szczęście nie trzeba się logować, żeby to zrobić. Są w podfolderze "dźwięki".
A co do chomika, który mnie przedrzeźnia, to właśnie ściągnęłam sobie ten rekomendowany program pt. ChomikBox i jego częścią jest sympatyczny zwierzaczek skaczący po moim pulpicie i udający, że pisze wtedy, kiedy i ja to czynię. Kiedy dłużej nie ma co robić, to czyta sobie książkę albo gazetę... Cóż, wygląda na to, że mam zwierzaczka :) Na razie mnie śmieszy - ciekawe, jak długo :) Tyle na dzisiaj. Biorę się za czasowniki, bo mi jeszcze trochę zostało do jutra...

później...
No, dobra, spróbowałam i się udało - mogę zamieszczać zdjęcia bezpośrednio na blogu (patrz: post o grochówce). Ale dźwięków nie mogę, więc po nie zapraszam jednak do chomika.  A zdjęcie też mogę zmieścić tylko jedno na post, więc na chomiku będzie ich pewnie więcej. I to już naprawdę koniec na dziś.