No i kto by pomyślał (bo ja nie), że nie dość, że wrócę do bloga, to jeszcze napiszę takie rzeczy... A piszę, bo wiem, że nie mam czego się wstydzić. I dlatego, że jestem z siebie dumna, bo przeszłam cholernie trudną i wymagającą drogę. Ale dałam radę. No i chcę się podzielić tym doświadczeniem z tymi, którzy wiedzieli, że coś się dzieje i się martwili i tymi, którzy się za mnie modlili lub trzymali kciuki i z tymi, którzy o niczym nie wiedzieli, ale może jak się dowiedzą, to spojrzą uważniej na siebie i może też się przekonają, że może im się przydać pomoc.
A zaczęło się jesienią 2021... Kto by pomyślał (bo ja na pewno nie), że dziewczyna, która ma wszystko: kochającego męża, dwójkę wspaniałych dzieci, mamę i teściową, które wspierają w opiece nad tymi dziećmi, pracę, którą lubi i wspaniałych przyjaciół, a ponadto - od niedawna - wymarzony dom z kominkiem i ogródkiem, no więc że taka dziewczyna będzie miała pomysły zawierające wielkie BUM w roli g(ł)ównej..? No ja bym nie pomyślała, ale coś takiego mi się przytrafiło te kilka lat temu. Namawiała mnie wcześniej Marzenka na terapię, ale po co terapia komuś, kto ma wszystko, czego potrzebuje? Co ja takiemu terapeucie powiem..? Pomijając już całkiem fakt, że ja na to kompletnie nie mam czasu i pieniądze mam na co wydawać. Aż się okazało, że bez wsparcia specjalisty nie zrobię ani kroku dalej. Poszukałam pomocy i było nieco lepiej. Takie rozmowy dawały ulgę. Ale, jak się okazało, niewystarczającą. Dwa miesiące później w mojej głowie nastąpiło kolejne BUM i - chociaż przecież taki człowiek postępowy i na temat zdrowia psychicznego już całkiem dużo wie (głównie z racji wykształcenia i zawodu), strasznie trudno było przyznać się przed sobą i pogodzić z tym, że psycholog nie wystarczy i bez psychiatry dalej ani rusz... Leki pomogły, odpoczynek i zmiana stanowiska w pracy też. Raz było lepiej, raz gorzej, pod opieką psychiatry i sporadycznie psychologa, aż do wiosny zeszłego roku. Wtedy - też w sumie bez zapowiedzi - przeżyłam kolejne, jeszcze potężniejsze załamanie nerwowe. Stanęłam przed wyborem: Oddział zamknięty czy Oddział dzienny. Bo że bez szpitala się nie obejdzie było już całkiem jasne. W oczekiwaniu na miejsce na oddziale dziennym podjęłam już bardziej regularną psychoterapię, byłam na dłuższym zwolnieniu lekarskim żeby sobie poukładać i znów odpocząć... W domu się też zmieniło - Maciek rzucił pracę, która zjadała ogromną większość jego czasu i sił i było go już więcej dla nas. Ja też trochę zwolniłam. A kiedy okazało się, że jest miejsce na Oddziale Dziennym Psychiatrii w szpitalu wojskowym przy Szaserów w Warszawie, to zastanawiałam się, czy na pewno jeszcze tego potrzebuję. Po kliku rozmowach z mądrymi ludźmi i przy wsparciu męża oraz zespołu cudownych ludzi, z którymi pracuję, w sierpniu ubiegłego roku ruszyłam w najtrudniejszą i najbardziej wymagającą podróż mojego życia.Okazało się, że mam naprawdę dużo do zrobienia w kontekście relacji z samą sobą. Na tyle dużo, że mój pobyt na oddziale zamiast 12 tygodni trwał pół roku. Zakończyłam go przedwczoraj. Z wysokimi notami ;) To żart, oczywiście, nie ma tam ocen. Jednak to, jak wzmocniona stamtąd wyszłam, z dużo większą znajomością siebie samej, z dużo większym szacunkiem do siebie, lepszą samooceną i garścią informacji i umiejętności, które przydadzą mi się w codziennym życiu. Niby jak to piszę, to się wydaje takie łatwe... Nie jest. Dzięki wsparciu najbliższych, zwłaszcza Maćka i chłopaków, dałam radę. Odkryłam, że jestem silna i odważna - jeszcze rok temu nie przyszłyby mi do głowy takie określenia siebie samej. Każdy, kto się podejmuje takiej pracy nad sobą jest silny i odważny. I nikt, albo prawie nikt, nie myśli o sobie w ten sposób kiedy zaczyna. Wspaniali specjaliści, od Pań Pielęgniarek, Stażystów, przez Terapeutów i Lekarzy po Panią Kierownik Oddziału, wykonują mega trudną pracę z oddaniem i profesjonalizmem. To bezpieczne miejsce, w którym można dojść do siebie, o ile człowiek wie, że chce i jest gotów włożyć znaczny wysiłek w poprawienie swojej sytuacji. Ja wiedziałam i włożyłam i wiem, że warto.







