niedziela, 9 lutego 2025

No i kto by pomyślał...

 No i kto by pomyślał (bo ja nie), że nie dość, że wrócę do bloga, to jeszcze napiszę takie rzeczy... A piszę, bo wiem, że nie mam czego się wstydzić. I dlatego, że jestem z siebie dumna, bo przeszłam cholernie trudną i wymagającą drogę. Ale dałam radę. No i chcę się podzielić tym doświadczeniem z tymi, którzy wiedzieli, że coś się dzieje i się martwili i tymi, którzy się za mnie modlili lub trzymali kciuki i z tymi, którzy o niczym nie wiedzieli, ale może jak się dowiedzą, to spojrzą uważniej na siebie i może też się przekonają, że może im się przydać pomoc.

 A zaczęło się jesienią 2021... Kto by pomyślał (bo ja na pewno nie),  że dziewczyna, która ma wszystko: kochającego męża, dwójkę wspaniałych dzieci, mamę i teściową, które wspierają w opiece nad tymi dziećmi, pracę, którą lubi i wspaniałych przyjaciół, a ponadto - od niedawna - wymarzony dom z kominkiem i ogródkiem, no więc że taka dziewczyna będzie miała pomysły zawierające wielkie BUM w roli g(ł)ównej..? No ja bym nie pomyślała, ale coś takiego mi się przytrafiło te kilka lat temu. Namawiała mnie wcześniej Marzenka na terapię, ale po co terapia komuś, kto ma wszystko, czego potrzebuje? Co ja takiemu terapeucie powiem..? Pomijając już całkiem fakt, że ja na to kompletnie nie mam czasu i pieniądze mam na co wydawać. Aż się okazało, że bez wsparcia specjalisty nie zrobię ani kroku dalej. Poszukałam pomocy i było nieco lepiej. Takie rozmowy dawały ulgę. Ale, jak się okazało, niewystarczającą.  Dwa miesiące później w mojej głowie nastąpiło kolejne BUM i - chociaż przecież taki człowiek postępowy i na temat zdrowia psychicznego już całkiem dużo wie (głównie z racji wykształcenia i zawodu), strasznie trudno było przyznać się przed sobą i pogodzić z tym, że psycholog nie wystarczy i bez psychiatry dalej ani rusz... Leki pomogły, odpoczynek i zmiana stanowiska w pracy też. Raz było lepiej, raz gorzej, pod opieką psychiatry i sporadycznie psychologa, aż do wiosny zeszłego roku. Wtedy - też w sumie bez zapowiedzi - przeżyłam kolejne, jeszcze potężniejsze załamanie nerwowe. Stanęłam przed wyborem: Oddział zamknięty czy Oddział dzienny. Bo że bez szpitala się nie obejdzie było już całkiem jasne. W oczekiwaniu na miejsce na oddziale dziennym podjęłam już bardziej regularną psychoterapię, byłam na dłuższym zwolnieniu lekarskim żeby sobie poukładać i znów odpocząć... W domu się też zmieniło - Maciek rzucił pracę, która zjadała ogromną większość jego czasu i sił i było go już więcej dla nas. Ja też trochę zwolniłam. A kiedy okazało się, że jest miejsce na Oddziale Dziennym Psychiatrii w szpitalu wojskowym przy Szaserów w Warszawie, to zastanawiałam się, czy na pewno jeszcze tego potrzebuję. Po kliku rozmowach z mądrymi ludźmi i przy wsparciu męża oraz zespołu cudownych ludzi, z którymi pracuję, w sierpniu ubiegłego roku ruszyłam w najtrudniejszą i najbardziej wymagającą podróż mojego życia.

Okazało się, że mam naprawdę dużo do zrobienia w kontekście relacji z samą sobą. Na tyle dużo, że mój pobyt na oddziale zamiast 12 tygodni trwał pół roku. Zakończyłam go przedwczoraj. Z wysokimi notami ;) To żart, oczywiście, nie ma tam ocen. Jednak to, jak wzmocniona stamtąd wyszłam, z dużo większą znajomością siebie samej, z dużo większym szacunkiem do siebie, lepszą samooceną i garścią informacji i umiejętności, które przydadzą mi się w codziennym życiu. Niby jak to piszę, to się wydaje takie łatwe... Nie jest. Dzięki wsparciu najbliższych, zwłaszcza Maćka i chłopaków, dałam radę. Odkryłam, że jestem silna i odważna - jeszcze rok temu nie przyszłyby mi do głowy takie określenia siebie samej. Każdy, kto się podejmuje takiej pracy nad sobą jest silny i odważny. I nikt, albo prawie nikt, nie myśli o sobie w ten sposób kiedy zaczyna. Wspaniali specjaliści, od Pań Pielęgniarek, Stażystów, przez Terapeutów i Lekarzy po Panią Kierownik Oddziału, wykonują mega trudną pracę z oddaniem i profesjonalizmem. To bezpieczne miejsce, w którym można dojść do siebie, o ile człowiek wie, że chce i jest gotów włożyć znaczny wysiłek w poprawienie swojej sytuacji. Ja wiedziałam i włożyłam i wiem, że warto.

poniedziałek, 20 stycznia 2025

Bez tytułu, bo niby jak...

 Prawie dziesięć lat minęło od ostatniego wpisu i, jak chyba każdy w pewnym wieku, zastanawiam się, jak to możliwe. Zaraz stukną mi cztery dychy, a ja pytam: jak? kiedy? Pytania retoryczne, przecież jak świat światem ludzie są wiecznie zadziwieni, że czas tak szybko leci. Ale nie o tym chciałam pisać. Chciałam pisać o podróży, jaką odbywałam w sumie od kilku lat, a w ciągu ostatniego roku to już w ogóle. Cholernie to była trudna podróż, ale mam wrażenie, że najtrudniejsze etapy już za mną. Droga do zgody ze sobą, zrozumienia różnych odpałów które mi towarzyszą i polubienia Agaty taką jaką jest, razem z bagażem jaki niesie. Jeśli masz ochotę zajrzeć przez małe okienko, które jestem gotowa udostępnić, to zapraszam. Myślę, że dzieląc się tym wszystkim, mogę przekazać na własnym przykładzie jedną ważną rzecz: naprawdę warto podjąć trud zadbania o siebie. Warto walczyć. Warto żyć. A poniżej wiersz, który popełniłam na początku ostatniego etapu podróży. Miłego czytania. 

Czy mogę..?


Inni mają gorzej, 

Wcale nie mam źle

Chociaż nie narzekam

Bo w tym nie ma mnie


Inni mają w życiu

Beznadziejnie, smutno, 

Biednie i strasznie,

Samotnie i nudno


Ja tak nie mam

-ja tylko muszę spotkać siebie

Czasem samotną i smutną

I strasznie bez Ciebie


Czy mogę czuć co czuję 

Mimo wszystkiego co mam?

niedziela, 31 maja 2015

ja czy nie ja

Już od jakiegoś czasu zbierałam się, żeby znów zacząć pisać - mocno mi tego brakowało, a działo się przez te prawie cztery lata bardzo wiele. No i stąd tytuł posta - czy powinnam zacząć pisać nowego bloga, o innym tytule? Takim uwzględniającym moje nowe role? A zwłaszcza tę najnowszą - rolę matki? Doszłam do wniosku, że chociaż zupełnie inna niż kilka lat temu, to ciągle jestem sobą i będę kontynuować tutaj. Zwłaszcza, że od 13 kwietnia ciągle przekraczam kolejne granice...

Żeby połączyć jakoś przeszłość z przyszłością, stworzyłam krótkie kalendarium najważniejszych zdarzeń:

6.11.2011 - pierwsze zajęcia tanga argentyńskiego, na jakie poszliśmy z Maćkiem. Dostałam karnet w ramach prezentu urodzinowego i tak się zaczęło. Żadne z nas się nie spodziewało, że tango stanie się tak dużą częścią naszego życia...


Tango było naszym pierwszym tańcem na weselu, tańczyliśmy na deptaku na Majorce w podróży poślubnej, tańczyliśmy w Rydze i przez całą ciążę moją też tańczyliśmy. Tańczyliśmy na porodówce i kilka dni temu z Krzysiem na ręku. Tak, zdecydowanie data pierwszych zajęć z tanga powinna się znaleźć wśród tych najważniejszych zdarzeń...

 Tango daje mi niesamowitą radość z tańca niewymuszonego, całkowicie improwizowanego, w którym tak jak w żadnym innym można zawrzeć siebie i wszystkie emocje akurat grające w duszy. A jak się trafi taka tanda, że i czas i miejsce i partner się zgrają i tworzą jedną doskonałą całość, to da się ją porównać tylko z piękną, pełną miłości i satysfakcji nocą.



lipiec 2012 - Pierwszy wspólny wyjazd w góry. Tatry to szczególne miejsce na ziemi i bardzo szczególne w moim sercu. W górach wszystko nabiera nowej perspektywy. I chociaż wiem, że Boga można spotkać wszędzie, to w górach jest to po prostu oczywiste. Podobno chcąc się dowiedzieć, czy dana osoba to dobry wybór na całe życie, należy zabrać ją w góry. Zabrałam Maćka w góry i zakochał się w nich tak jak ja, a wspólne wędrowanie - choć często w różnym tempie - dawało radość i uczyło bycia ze sobą i dla siebie nawzajem. Od tej pory staramy się spędzić w górach trochę czasu chociaż raz w roku.





29.08.2012 - To były moje urodziny, wtedy też po raz pierwszy (i zapewne ostatni, chociaż kto wie) prowadziłam tramwaj. Taki prawdziwy. Zjadłam pyszną romantyczną kolację z moim chłopakiem. A chwilę później nie miałam już chłopaka, tylko narzeczonego i wszystko nabrało nowej perspektywy. Tamto "tak" było jednym z najpiękniejszych "tak" mojego życia. I kiedy wspominamy z Maćkiem tę chwilę, nieraz zdarza mi się dziękować, że zadał wtedy to pytanie. 


  

13.07.2013 - Piękny, niesamowity dzień naszego ślubu. Bardzo spodobała nam się data - wcale niepechowa, jak okazuje się każdego dnia od prawie dwóch lat. Właśnie dlatego, że przesądy, że trzynasty i bez "r". Nie wierzymy w pecha, wierzymy za to w naszą miłość i w rozwiązywanie problemów rozmową i wspólną nad nimi pracą. Jak dotąd się sprawdza. Właściwie od pierwszego dnia po ślubie Maciek pokazał mi, że mężem jest wspaniałym - jego wsparcie i zrozumienie, kiedy dostałam wiadomość o śmierci Ewy bardzo pomogły mi uporać się z nawałem sprzecznych i bardzo silnych uczuć. Tydzień miodowy w Zakopanem był dzięki niemu naprawdę piękny.


10.08.2014 - najważniejszy test w życiu z wynikiem pozytywnym. Zdjęcie testu mam, ale trochę głupio umieszczać. Wieczór, kiedy dowiedzieliśmy się, że najprawdopodobniej zaraz zostaniemy rodzicami był pełen słodyczy i nadziei. Pięknie jest mieć wspólną radosną tajemnicę. Dobrymi nowinami z najbliższymi podzieliliśmy się kilka dni później - bo dzielić się radością jest jeszcze piękniej niż mieć ją tylko dla siebie.


13.04.2015 - Po prawie dwóch dobach na porodówce, nie mogąc się zdecydować czy wyjść, czy zostać jednak w środku, wypchnięty na świat został syn nasz kochany. Kiedy już wylądował na moim brzuchu, okazało się, że nie jest ani Szymonem, ani Darkiem ani nawet Andrzejem. Jest Krzysztofem - 58 cm i 3,420 kg płaczącego, zmęczonego i niestety żółtego szczęścia. W związku z tym, że żółty, a potem że wyniki nie takie, że antybiotyk i znów ultrafiolet, do domu dotarliśmy dopiero po tygodniu. Tata przepięknie przygotował mieszkanie na nasz przyjazd i Krzyś od samego początku mógł zobaczyć, jak bardzo oczekiwany był w naszym domu.





 I tak zaczyna się cały nowy rozdział...


piątek, 26 sierpnia 2011

Jak uratować życie...

Zawsze uważałam się za osobę raczej egoistycznie nastawioną do życia i taką, którą trudno wzruszyć czyimś losem. Zwłaszcza, jeśli to los zwierzęcia. A tu się okazuje, że nie znam siebie tak dobrze, jak myślałam...

Kilka tygodni temu odwiedziłam razem z mamą i Maćkiem moją siostrę w miasteczku westernowym, gdzie pracuje podczas wakacji. Bawiliśmy się świetnie rzucając tomahawkiem (najlepiej poszło mamie), strzelając z łuku (tu rządził Maciek) i tańcząc tańce liniowe (nawet dawałam radę...), a także lejąc się kijami na słupkach (Olka pokonała wszystkich). Dzień udał się nadzwyczaj, bo poza wyjątkowymi rozrywkami spędziliśmy czas w swoim towarzystwie. No i mogliśmy podziwiać, jak Ola opiekuje się końmi, jak jeździ i skacze. Opowiedziała nam historię jednego konia, który niedawno przyjechał do nich - tak płochliwy, że nikt nie mógł sobie z nim dać rady. Bał się wszystkiego, nie dawał się dosiąść - generalnie do jazdy rekreacyjnej się nie nadawał. Kiedy jednak poznał moją siostrę i ona zaczęła się nim zajmować, nabrał trochę więcej odwagi, zmienił się. Mogliśmy oglądać, jak Ola na nim skacze i poobserwować, jak bardzo jej na tym zwierzęciu zależy...

Dalszy ciąg historii jest smutny. Jego właściciel chce konia sprzedać, a że nie udaje mu się znaleźć normalnego kupca, to postanowił skontaktować się z handlarzami końskim mięsem. Jeżeli Oli nie uda się zebrać do niedzieli (a na pewno do końca wakacji) 2000 zł potrzebnych na wykupienie konia, to pojedzie on do rzeźni. Bardzo chcę pomóc mojej siostrze - zwłaszcza że jest to koszt jednorazowy. Jej koleżanka mieszka na wsi, może zwierzę trzymać u siebie i zapewnić mu dobre warunki. Tylko nie stać jej na kupno konia. Ja na konto podane na FB już przelałam ile mogłam. Jeżeli ktoś chciałby się włączyć w pomoc dla szlachetnego zwierzęcia, to po więcej informacji i do kontaktu z moją siostrą zapraszam przez stronę http://www.facebook.com/event.php?eid=184327094970690 .

A zdjęcia z tego cudnego dnia wstawię w najbliższym czasie...

środa, 6 lipca 2011

strzelając do wroga

Hmm... z mojego bloga zrobił się miesięcznik. Jest tak trochę dlatego, że przez jakiś czas nie miałam w domu połączenia internetowego, a przez kilka dni w ogóle komputera, który stanowczo odmówił współpracy. Na szczęście - znów dzięki Grzeniowi - komputer działa. A dzięki Maćkowi mam dostęp do internetu.

Od kiedy wróciłam, rodzina i przyjaciele troszczą się o moje pierwsze razy. Już trzy udało mi się zaliczyć od momentu przekroczenia granic Warszawy - chociaż na dwa z nich musiałam znów wyjechać. Do rzeczy jednak...

Dzień po moim powrocie w rodzinne progi walnęła mnie niespodzianka. Mój Ukochany do spółki z Moją Siostrą zawiązali mi oczy, zabronili podglądać i wsadzili do samochodu, nic nie tłumacząc i tajniacząc się okropnie. Nie chcąc psuć im niespodzianki nie próbowałam podglądać, chociaż moje podejrzenia* na temat obecności osób trzecich w samochodzie nie dawały mi spokoju. Maćkowi biednemu też :) W związku jednak z tym, że ufam tym, co mnie kochają, nie bałam się jakoś bardzo. Nawet jak po zdjęciu opaski z oczu okazało się, że jestem w... lesie. A potem - o niespodzianko - znów zawiązali mi oczy, poprowadzili po jakichś dołach i kiedy znowu pozwolili patrzyć, okazało się, że otaczają mnie znajomi i przyjaciele, z którymi przez ostatni rok tak bardzo tęskniłam! Cudna niespodzianka! A po czułych powitaniach owi bliscy mi ludzie oznajmili, że teraz będą do mnie strzelać. Za to, że wyjechałam...

Jak powiedzieli, tak też zrobili. Pierwszy raz w życiu grałam w paintball i bardzo mi się podobało. Dostać żółtą farbą między oczy (na szczęście chronione goglami) - bezcenne. Skradanie się do bazy przeciwnika**, przedzieranie się przez chaszcze, a nade wszystko strzelanie do Czerwonych - bezcenne. Tacy Przyjaciele, Siostra, Facet - brak słów wręcz. Bezcenni. Poza tym, że świetnie się bawiłam zarówno podczas samej gry, jak i podczas ogniska które nastąpiło później, byłam niesamowicie wzruszona. Nie ma to jak wrócić do domu i zastać takie powitanie. Dziękuję!



P.S. Zdjęcia dokleję, jak je wreszcie zdobędę.



* słuszne - Grzeniowi gratulujemy opanowania i umiejętności bezgłośnego oddychania
**  Albo się nie skradanie. Jak mi się skończyły kulki, to po prostu poszłam do bazy Czerwonych i spytałam, czy nie oddadzą mi flagi. Nie wiedzieć czemu, nie chcieli pozytywnie rozpatrzyć mojej prośby...