wtorek, 31 sierpnia 2010

zwyczajne życie

Człowiek przyzwyczaja się na nowo - do wstawania o określonej porze, do karmienia dzieci, gotowania obiadów... Niestety, człowiek wrócił z Polski nieco zepsuty, co najlepiej widzą ci, którzy chcieliby jeść to, co ugotował ów człowiek. Prawda jest bowiem taka, że odkąd wróciłam, to lepiej żebym nie zbliżała się do kuchni
(poza naleśnikami, które były jak zwykle pyszne). Albo zapomnę receptę i pominę trzy najważniejsze składniki, albo rozgotuję, albo zamiast usmażyć czekam na piekarnik, żeby upiec, a potem wszystko zimne, albo - jak dzisiaj - niedogotuję i wychodzi krwisty kurczak na obiad. Jeszcze trochę, a Jeannette wymieni mnie na lepszy model... Zastanawiając się nad genezą tej mojej impotencji kulinarnej dochodzę do dwojakiego rozwiązania: albo wynika to z dosłownej choroby - faktycznie, kicham, kaszlę i mi zimno, albo z choroby w sensie przenośnym. To pierwsze jest lepszym rozwiązaniem, bo minie. To drugie - nie wiadomo. Ale jeśli skutki spożywcze utrzymają się dłużej, czeka nas przejście na zupkę z papierka. Ech...

poniedziałek, 30 sierpnia 2010

ćwierć wieku minęło, teraz z górki

Zawsze mam mieszane uczucia, co do swoich urodzin - no bo niby z czego tu się cieszyć. Kolejny rok za mną, coraz mniej przede mną, znajduję się w centrum uwagi (a to nie jest mój sposób na życie, takie centrum)... Sytuację ratuje fakt, że widzę, ilu ludzi o mnie pamięta i rzeczywiście dobrze mi życzy. Wczorajszy dzień przeżyłam więc bardzo sympatycznie, otoczona ciepłem osób, które chciały być przy mnie. Annique uczy się powoli, że prezenty są dla jubilata, a nie dla niej - trudna to nauka, ale ważna. Zresztą Annique była super - namalowała mi piękną laurkę oraz upiekła mi tort (prawie sama, Jeannette tylko pomagała)! I w ciągu dnia robiła dla mnie prezenty ze swoich zabawek, które owijała w materiał... J., jako że zdążyła mnie przez te kilka miesięcy poznać, zrobiła mi też świetny prezent: maszynkę do kawy, spieniacz do mleka oraz prawdziwą, pyszną, z Włoch przywiezioną kawę. Mniam! W ogóle prezenty to fajna rzecz, nie sądzicie? Nie mniej ważne niż te materialne są te, które po prostu zmuszają do uśmiechu - dziękuję więc za wszystko, co dostałam - również za wszystkie życzenia i pamięć. I za piosenkę, przy której się popłakałam ze śmiechu i wzruszenia. I za telefon nieoczekiwany bardzo dziękuję - lepszego uwieńczenia dnia nie mogłam sobie wyobrazić. A teraz z uśmiechem wkraczam w 26. rok życia mojego - niech Was w nim nie zabraknie!

sobota, 28 sierpnia 2010

Prosiak daleko, pora na ślimaka

Dzień 15, czwartek: Keesy i Riszardy wyjechali, więc zrobiło się trochę smutniej. Wieczorem pojechałyśmy za to na kolację do Audrey - byłej opiekunki dziewczynek, która teraz zarządza kempingiem. Oczywiście, tym kempingiem, na którym byłyśmy. Audrey mieszka z trójką dzieci i ich tatą w pięknej, malowniczej prowansalskiej wiosce, w domu, którego jedną ze ścian stanowi oryginalna skała. Robi wrażenie! A jej dzieci są super! Lindive (chociaż złamanego grosza nie dałabym za poprawność tej pisowni) oprowadziła mnie po wiosce, Mumbera zachwycał uśmiechem, a Kazembe podbił moje serce mówiąc na pożegnanie polskie "do widzenia" (sprawdził w internecie i się podzielił). Kazembe w ogóle jest niesamowity - 15-latek o ogromnych zdolnościach we wszystkich niemal kierunkach. Właśnie skończył szkołę i wybiera się na studia.

Dzień 16, piątek: Zbieramy się do odwrotu. Miałyśmy wyjechać koło 10 rano, wyjechałyśmy o 13.30. W pośpiechu porannym nie pomyślałam, żeby obejrzeć adidasy przed założeniem. Wepchnęłam więc prawą stopę w dawno nieużywanego buta, poczułam pyknięcie i - niespodzianka! Mam escargot na skarpetce...

Jeannette nie chciała się nigdzie zatrzymywać po drodze i postanowiła dojechać za jednym zamachem do samego Tilburga. Nieco mnie przerażał ten pomysł, ale ona zna siebie, mądra jest i dorosła. I rzeczywiście - droga była łatwa i przyjemna z początku. I byłaby taka dalej, gdyby nie jeden błąd - to JA byłam co-pilotem. Dzierżąc mapę stwierdziłam, że przecież jest tu krótsza droga, niż ta autostrada, którą jechałyśmy. Kazałam więc w okolicach Luksemburga w środku nocy zjechać na inną drogę, a Jeannette mi ufała. Błąd. Okazało się, że chciałam nas wywieźć o północy, bez gazu (ostatnie zielone światełko zaczynało nam rozpaczliwie migać) na drogę przez góry. Bez wątpienia malowniczą, ale idiotyczną w obecnych okolicznościach. Koniec końców, wróciłyśmy na autostradę, a ja przestałam być co-pilotem. Ku uldze wszystkich obecnych, chociaż Jeannette twierdzi, że do tego wyskoku radziłam sobie całkiem nieźle. Niemniej, sugeruję jednak GPS, jeśli ktoś chciałby gdzieś kiedyś ze mną jechać.

Już bliżej ślimaka...

Dzień 12, poniedziałek: To był ciężki ranek z ogromnym kacem moralnym, gdyż nieco pękł obraz "Gata Pomocnego" - jednym słowem w czasie burzy się nie popisałam i miałam wyrzuty sumienia. Jeannette jednak podeszła do sprawy ze zrozumieniem, zwaliła wszystko na spóźnioną "homesick" i wybaczyła. A po południu pojechałyśmy do pobliskiego Salon de Provance, żeby oddać do naprawy samochód (wcześnij był naprawiony NSH*) i połazić po miasteczku. Okazało się to świetnym pomysłem, bo miejscowość przeurocza, sklepów mnóstwo, a wyprzedaże zachęcające - jednym słowem babskie popołudnie.

Dzień 13, wtorek: Się wzięłyśmy i wybrałyśmy na wycieczkę do słynnego Avignon. Widziałyśmy z zewnątrz pałac papieży (robi wrażenie). Do środka nie wchodziłyśmy, bo jeśli miałabym ciągać wózek z Noeme po tych wszystkich starożytnych schodach, to do dzisiaj bym się pewnie po tej przygodzie nie ruszała. Za to na sławetny most weszłyśmy wszystkie, a co poniektórzy nawet tańczyli (no, zgadnijcie, kto tańczył na moście w Avignon...)** Zostało to nawet uwiecznione filmikiem, którego wrzucę na chomika, jak mi czas pozwoli. Kiedy wróciłyśmy, zjedliśmy wszyscy razem zwyczajową kolację (pyszną, bo Riszard robił za szefa kuchni), usiedliśmy do picia. Poszłam spać po 2 nad ranem, a "Hallelujah" została ogłoszona hitem wakacji.

Dzień 14, środa: Padłam ze śmiechu, kiedy nasi sąsiedzi obozowi zaczęli przy śniadaniu śpiewać wiadomy utwór. Poczułam się ważna ;) Po śniadaniu pojechałyśmy zwiedzić zamek w les Baux - piękny. Pewnie byłabym w stanie bardziej zachwycać się jego urodą, gdyby nie to, że kilka wieków temu nie przystosowano go do potrzeb dzieci w wózkach i osób niepełnosprawnych. Zmachałam się więc jak dziki osioł. Wycieczkę uratował jednak dla mnie niespodziewany telefon od mojej siostry - rany, jak ja przez ten czas tęskniłam - i za nią i za rozmową po polsku!





*Na Słowo Honoru - skrót wymyślony niegdyś na potrzeby Kaszalota, na którym wszystko było NSH...

** Sur le pont d'Avignon - piosenka znana chyba na całym świecie - tam tańczą wszyscy i w kółko. Ja nie miałam "wszystkich", bo J. kręciła filmik, a A. akurat była obrażona na świat. W kółko tańczyłam więc walca, a w miejscu (bo stwierdziłyśmy, że walc się nie nagrał) - coś innego.

piątek, 27 sierpnia 2010

Brzydki itd.

Dobrze, wracam do Francji, bo patrząc za okno aż się chce słońce i morze powspominać...


Dzień 9, piątek: Jeannette i Annique miały pojechać do Aix na jakiś wypasiony plac zabaw, ale popsuł się samochód i spędziłyśmy leniwe popołudnie na basenie. Wieczorem natomiast zjedliśmy wielką, pyszną wspólną kolację razem z rodziną Lizette i ich przyjaciółmi - Kees'em i Ninke i ich dwoma synami. Naszym wkładem w posiłek były zrobione przeze mnie naleśniki - szkoda tylko, że dzieci zjadły wszystkie, nim dorośli zdążyli spróbować. Co mnie ucieszyło bardzo, to fakt, że Kees i Ninke przywieźli ze sobą gitarę i pozwalali na niej grać. Chwyciłam więc dawno niewidziany instrument i zagrałam oraz zaśpiewałam jedyną piosenkę po angielsku, którą znam na pamięć. O dziwo - spodobało im się i kazali mi bisować kilka razy w ciągu całego wieczoru. Udało mi się więc odczarować "Hallelujah" i zyskać miłe wspomnienia na jej temat!

Dzień 10, sobota: Jeannette i Annique pojechały do Marsylii - jedna do przyjaciół, druga do taty, a ja zostałam z Noeme na gospodarstwie. Nowi znajomi postanowili jednak nie dać mi się nudzić, co zaowocowało zacieśnieniem więzów. Ich dzieci na mój widok śpiewały "Hallelujah" :)

Dzień 11, niedziela: Coraz bardziej lubię Riszardów i Keesów - po wspólnej kawie i lunchu wierzę, że oni mnie też, chociaż nie wiem za co. Wieczorem wróciły J. i A. i przywiozły tatę Annique, który rozłożył swój namiot na tym samym kempingu. W nocy była wieeeelka burza - tego się nie spodziewał nikt.