czwartek, 31 marca 2011

Bo zawsze można znaleźć coś ciekawego pod kuprem wielkiego ptaka...

No właśnie - my znaleźliśmy na przykład mnóstwo emocji w tej jeździe prawie całkiem po ciemku... Ale po kolei. Dzięki dobroci i zrozumieniu Jeannette, mogłam wybrać się z Mężczyzną mojego życia do parku rozrywki pt. Efteling. Przybytek ten w moim osobistym rankingu wyprzedził nawet Euro Disneyland. Jest po prostu niesamowity! Atrakcje oczywiście dla ludzi w każdym wieku (my spędziliśmy najwięcej czasu na klimatycznych roller coasterach), a do tego wykonane z niesamowitą dbałością o szczegóły. Najbardziej podobał nam się Latający Holender - właśnie za dopracowanie atrakcji do maximum. Przygodę można było przeżyć nie tylko w związku z szaloną jazdą wagonikiem, ale też dlatego, że muzyka, dekoracje oraz nawet zapachy (np. mgła i zapach stęchlizny) były genialnie dopasowane do siebie nawzajem. To trzeba zobaczyć, żeby zrozumieć. My w każdym razie byliśmy zachwyceni.

Poza Latającym Holendrem zachwycił nas też ten tytułowy ptak - znajdował się bowiem w części parku przeznaczonej dla nieco młodszych gości. Weszliśmy więc pod orli kuper tylko z ciekawości, nastawieni na jakąś przyjemną acz nie bardzo emocjonującą atrakcję. Błąd. Było bowiem bardzo niesamowicie - dreszczyk tym większy, gdyż nie widzieliśmy zupełnie dokąd jedziemy - 95% przejażdżki odbywało się bowiem w całkowitej ciemności. Dopiero pod koniec wjechaliśmy do sali oświetlonej na kolorowo, jak do krainy cudów.

Inną atrakcją, która zdecydowanie zasługiwała na uwagę była Fatamorgana - miejsce, gdzie można w jednej chwili przenieść się na Bliski Wschód - posłuchać pokrzykiwań Arabów na targu, obejrzeć taniec brzucha, uciekać przed krokodylem i uniknąć zastrzelenia przez straże. I to wszystko wykonane też z tak niesamowitą dbałością o szczegóły, że podczas tej kilkunastominutowej przejażdżki łodzią usta nam się z podziwu nie zamykały.

Efteling został więc wpisany na listę moich ulubionych miejsc na ziemi - zwłaszcza w słoneczny poniedziałek, kiedy poza wszystkim innym zachwyca również pogoda oraz brak kolejek. Nie opisuję oczywiście wszystkich atrakcji - jakbym dopuściła się jakiegoś habniebnego niedopowiedzenia, to może Maciek w komentarzu coś dopisze. A jeśli ktoś miałby ochotę dowiedzieć się w ogóle więcej, to zapraszam tu.

środa, 9 marca 2011

Ach, co to był za karnawał!

Faktycznie - czegoś takiego jeszcze nie przeżyłam. Tutaj karnawał trwa tylko od ostatniej soboty przed Środą Popielcową do wtorku, czyli do naszych Ostatków. Niby krótko, ale za to jak intensywnie! No i tylko na południu kraju, które to Południe jest wybitnie katolickie w porównaniu z resztą Holandii. A tutaj karnawał jest (znaczy był - do wczoraj) wszędzie - w szkołach i przedszkolach, w sklepach (niemal wszędzie można było dostać stroje karnawałowe lub ich elementy przed karnawałem, a niektóre sklepy z okazji świętowania były przez tych kilka dni pozamykane), na ulicach, w domach i, przede wszystkim, na ludziach. A nawet - o zgrozo! - w kościele. Ale po kolei...

Tutaj, znaczy w Brabancji Północnej i jeszcze kilku południowych prowincjach, od kilku już tygodni można było dostrzec przygotwania do karnawału - wieszaki w charakterystycznych sklepach pełne strojów Hiszpanek, Indian, wampirów i takich tam, peruk, kapeluszy, piórek, opasek, farb do twarzy i rekwizytów, ulice przystrojone i maski, serpentyny i baloniki w oknach domów. Ja miałam okazję uczestniczyć w dwóch imprezach karnawałowych - jedna w 't Dijkje z Noeme, druga - w centrum miasta. W daycare Noeme było super, bo wszyscy tańczyli z chorymi dzieciakami, była orkiestra i generalnie zabawa na całego. Rodzice też poprzebierani, co mnie ucieszyło, bo nie tylko ja dziwnie wyglądałam... Tak mnie pozytywnie te poranne tańce nastroiły, że po wyjściu z imprezy poszłam jeszcze - ciągle w przebraniu - na spacer do lasu i tańczyłam na leśnych ścieżkach w rytm muzyki płynącej ze słuchawek. Zarówno psy jak i ich właściciele byli zdziwieni ;)

Parada w centrum miasta natomiast nieco mnie rozczarowała... Oczywiście, widok tłumu przebierańców najpierw w pociągu a potem na ulicach jest niesamowity - bo przebierali się wszyscy, bez względu na wiek, płeć czy status społeczny. I niektórzy zadziwiali swoją kreatywnością. Niestety, po prawie dwóch godzinach patrzenia na chodzących w tę i z powrotem przebierańców i oczekiwania na paradę stwierdziłam że mam dość. Może nie byłoby tak źle, gdyby nie fakt, że tuż przy miejscu, w którym stałyśmy grały dwie orkiestry i głośniki z pobliskiego pubu. I każde z nich grało co innego. Mnie na ogół męczy kakofonia, choć jakimś szczególnym melomanem, a tym bardziej muzykiem nie jestem. Co mnie zdziwiło, to to, że tym grającym chyba w ogóle to nie przeszkadzało, a przecież chyba wszyscy muzycy, jakich znam raczej upierają się przy harmonii oraz melodyce (czy melodyjności?) otaczających ich dźwięków. Doświadczywszy więc zarówno optycznie jak i słuchowo brabanckiego pomysłu na wspólny karnawał, udałam się na przesympatyczny, około 8-kilometrowy spacer do domu. Ach, ta cisza była wspaniała!

I jeszcze na koniec coś, co wzbudziło we mnie przerażenie oraz ulgę że na coś takiego osobiście nie trafiłam: otóż podobno w karnawałową niedzielę w jednym z kościołów tutaj odbywa się tzw. "Msza karnawałowa" - ludzie przychodzą poprzebierani, a ksiądz zamiast stuły ma pod ornatem kolorowy szalik. A zamiast pieśni puszczane są wesołe ludowe piosenki. I po co..?

No chyba pobiłam rekord...

No chyba właśnie - to już prawie miesiąc, kiedy nie pisałam. A przecież wena się zdarzała i nawet mam niejeden temat! Tylko czas jakby przyspieszył i w tym wszystkim jakoś nie mogłam się wziąć za bloga. Nawet mimo wspaniałego maila od Agi, w którym przywróciła mi ochotę do blogowej twórczości. No bo rzeczywiście - widok z mojego okna jest inny niż z jakiegokolwiek warszawskiego, a ja chyba nigdy nie opisywałam, jak tutaj wygląda...

Otóż widok z mojego okna jest niesamowity - zwłaszcza w bezchmurną noc. Mieszkając bowiem na poddaszu pod pochyłym dachem, mam możliwość patrzeć w gwiazdy kiedy zasypiam. A w dzień patrzę na ogródek, w którym już jakieś dwa tygodnie temu zakwitło mnóstwo krokusów. W ogóle krokusy i przebiśniegi tutaj królują ostatnimi czasy. Wiosnę mamy na całego, ptaki śiewają, bazie na wierzbach też zaczynają cieszyć oko, a kaczki znów przychodzą w odwiedziny do sąsiadów. W doniczkach za to szaleją hiacynty i paaachną! U mnie w pokoju jest takich pięć - prezent od Jeannette. W ramach podziękowania za zwiększoną pomoc w czasie, kiedy miała jakieś pandemonium w pracy i musiała dłużej zostawać oraz pracować w domu też. To niesamowite uczucie, kiedy pracodawca nie dość, że docenia to, co robisz, to jeszcze jest twoim przyjacielem. A Jeannette jest. I docenia. No, ale ona jest pracodawcą wyjątkowego rodzaju... No i twierdzi że jakoś nie chce jej się nawet myśleć o maju. Chowa się jak żółw w skorupę i nie życzy sobie słyszeć o moim wyjeździe. Mimo jednak swojej niechęci do tego tematu, zaczyna się powoli rozglądać za kimś na moje miejsce, ja mam opracować serię porad i spostrzeżeń na temat pracy z Noeme, co mogłoby ułatwić mojej następczyni pierwsze chwile tutaj. Bardzo chętnie to zresztą zrobię. A najchętniej to byśmy tak to zorganizowały, żeby nowa au pair przyjechała, kiedy ja jeszcze jestem - myślę, że to by mogło być łatwiejsze dla wszystkich...