wtorek, 26 kwietnia 2011

Szukając jaj...

Tutejsze tradycje wielkanocne - podobnie jak podejście do życia i świąt - różnią się nieco od tych naszych rodzimych. Nikt tu się jakoś strasznie nie przejmuje wiosennymi porządkami, panie domu nie szaleją specjalnie w kuchni i nawet w holenderskim Kościele nie ma tradycji święcenia pokarmów. Śmigusa-Dyngusa też nie uświadczysz. No, może z wyjątkiem tego roku, ale przy temperaturze ok 30 stopni w słońcu, dzieciaki polewają się wodą niezależnie od daty... Jedno jednak się zgadza: tutaj też maluje się pisanki. Potem się je chowa w nocy z soboty na niedzielę, a rano dzieciaki szukają. Annique miała z tym mnóstwo zabawy! Ja zresztą też - pierwszy raz w życiu zrobiłam wydmuszkę i jestem z tego naprawdę bardzo dumna...

Święta spędziliśmy w powiększonym gronie - w ubiegłą środę przyjechała Zsofi - Węgierka, która mnie zastąpi jak już wyjadę (świetna dziewczyna), oraz rodzina dziewczynek z Niemiec. Było więc wesoło i sympatycznie, chociaż oczywiście brakowało mi naszych, polskich Świąt. Tak sobie myślę, że jeśli tylko będę miała na to wpływ, nigdy już nie będę spędzać żadnych świąt poza Polską...


wtorek, 19 kwietnia 2011

Rzuć ręką, czyli wycieczka pożegnalna do Antwerpii...

Czy ja już pisałam, że kocham Jeannette? I dziewczynki, oczywiście, też? Nie? To piszę właśnie. Naprawdę nie mogłam trafić na lepszą rodzinę, w której mogłabym aupairować. A co piękne - one wszystkie też mnie kochają. Wyraz temu J. postanowiła dać zabierając nas wszystkie na pożegnalną wycieczkę do Antwerpii. Jejuńciu, jakie to piękne miasto!

Nazwa Antwerpia wywodzi się z dwóch słów hand (ręka) i werpen (rzucać). Legenda głosi, że kiedyś u wejścia do portu na rzece Skaldzie stał sobie olbrzym i pobierał opłatę za cumowanie. Każdemu, kto nie chciał zapłacić odcinał prawą rękę, do czasu, kiedy bohater Brabo zrobił coś takiego olbrzymowi i jego ogromną dłoń wrzucił do rzeki. No i mamy Antwerpię - miasto, w którym przepiękne, stare budynki zachwycają oko, a nowe też jakoś tego oka nie rażą. Na ogół. Miasto pełne przeuroczych kafejek i restauracji, z przepiękną wielostylową katedrą i wielką populacją ortodoksyjnych Żydów. Obawiam się, że kiedy zobaczyłam pierwszego przedstawiciela tej religii, nastoletniego młodzieńca z pejsami, w czarnym płaszczu i kapeluszu, gapiłam się na niego straszliwie. Za to z zachwytem. Przy kolejnych takich spotkaniach, których było niespodziewanie wiele zachowywałam się już dużo uprzejmiej.

W związku z tym, że cały wyjazd był prezentem dla mnie, Jeannette robiła bardzo dużo rzeczy, które normalnie robiłabym ja. I nawet dostałam śniadanie do łóżka! Przez cały czas czułam się wyróżniona, trochę jak królowa. Pięknie było i spacerować po prostu po mieście i pić kawę przy katedrze i leżeć na plaży leniąc się niemiłosiernie... A w ogóle cudownie było pójść na Mszę Świętą w Palmową Niedzielę do katedry razem z tymi moimi kobietami. Nie myślałam, że będą chciały mi towarzyszyć, a tu taka niespodzianka! Jeannette sama to zaproponowała! Nie pozostaje mi nic innego, jak tylko dziękować Bogu, że postawił na mojej drodze takich cudownych ludzi.

środa, 13 kwietnia 2011

Z wizytą u protoplastów :)

W ubiegłą sobotę zrobiłyśmy sobie przecudną wycieczkę do Apenheul - parku, w którym małpy żyją sobie na wolności. Genialne miejsce! Najróżniejsze rodzaje małp i małpek z różnych zakątków świata rzeczywiście chodziły sobie wolno, a niektóre nawet właziły ludziom na głowy i inne części ciała. Oraz do wózków - bo już wiedzą że tam bywa jedzenie. W koszyku pod wózkiem Noeme w pewnym momencie były cztery małpki jednocześnie! To było super. Oczywiście te bardziej niebezpieczne - jak na przykład orangutany i goryle - też chodziły wolno, ale jednak od ludzi było odgrodzone wodą.

Najpiękniejszy widok stanowiły mamy małpy z noworodkami małpkami przyczepionymi do ich brzuchów - i orangutanica z dzieciaczkiem (który to dzieciaczek - choć przyczepiony - potrafił też chodzić sam) i dwie gorylice i dwie lemurki (czy lemurzyce?) z takimi zupełnie małymi i chyba nie chodzącymi jeszcze samodzielnie małpuniami. Z tymi lemurkami to w ogóle miałyśmy szczęście, bo wychodziłyśmy na samiutkim końcu, kiedy w parku było już niewielu ludzi, więc zwierzaki z Madagaskaru nie bały się nas i podeszły bardzo blisko, a jedna (właśnie matka z dzieckiem) nawet pozowała Jeannette do zdjęcia - ależ to było zabawne!

Coś, co wyniosłam z tej wycieczki - poza nowym cudownym doświadczeniem - to chęć posiadania takiego zwierzątka w domu. W Polsce to legalne, i dobrze. Pewnie jeszcze nie teraz, ale taka małpka pokojowa musi być naprawdę fajnym kompanem. A na 100% bardzo zabawnym!

piątek, 1 kwietnia 2011

Au pair roku...

Spotkał mnie dziś ogromny zaszczyt - dowiedziałam się, że zostałam wybrana na au pair roku! Nie uważam, żebym jakoś szczególnie zasłużyła na ten tytuł, jednak jury konkursu ma inne zdanie. Co jest - oczywiście - bardzo miłe, ale też wiąże się z pewnym dylematem...
Do obowiązków oraz przywilejów takiej au pair należy bowiem podpisanie kontraktu na następny rok - tym razem nie z konkretną rodziną, tylko z agencją - oraz jeżdżenie po różnych miejscach na świecie do różnych au pair i prowadzenie czegoś w rodzaju szkoleń (do czego wcześniej sama mam zostać przeszkolona). W związku z tym w ciągu następnego roku miałabym odwiedzić 9 różnych krajów - za darmo, a wręcz mieliby mi za to zapłacić! No i wiązałoby się to z kolejnym rokiem, kiedy na pobyt w Polsce mam tylko 2 tygodnie. To znaczy - przyjadę na Święta. Ale za to jak wzbogaci się ten blog! Będę w USA, Wielkiej Brytanii, Hiszpanii, Włoszech, Francji i wielu, wileu innych miejscach... Wreszcie pojadę do Szwajcarii - zawsze o tym marzyłam! I nawet trochę czasu mam spędzić na Islandii - może się nauczę wymawiać te obrzydliwe nazwy wulkanów i innych parków narodowych... Ech, czeka mnie naprawdę ekscytujące kolejnych 12 miesięcy :) I to wszystko znów dzięki Jeannette, która wysłała moje zgłoszenie (oczywiście, au pair nie mogą same zgłaszać się do konkursu - musi to zrobić zadowolona rodzina goszcząca). Cudowna kobieta!


Strasznie się zdziwiłam, kiedy się okazało, że w Holandii też obchodzi się Prima Aprilis - myślałam, że to raczej polski zwyczaj - a to nieprawda. Jak łatwo się domyślić, wszystko co powyżej (poza marzeniami o podróżach oraz stwierdzeniem, że Jeannette jest cudowna) jest żartem, bujdą na resorach i wytworem mojej wyobraźni. Nawet zresztą, gdyby cała ta propozycja była prawdą - i tak wracam do Polski na początku maja! Nie ma innej opcji, bo tęsknię straszliwie. A obce kraje poodwiedzam kiedy indziej i bardziej na raty. I w dodatku nie sama - taki jest plan :)