poniedziałek, 20 grudnia 2010

dlaczego nie nadaję się na au pair...

Będąc taką au pair siódmy miesiąc stwierdzam, że do tego trzeba mieć specjalne predyspozycje. Najpierw myślałam, że to chodzi o wiek i że ja po prostu za stara na to jestem. Później jednak przypomniałam sobie, że znam co najmniej dwie starsze ode mnie au pair. I one do tego parają sie tym zajęciem już któryś rok z kolei w którymś z kolei kraju. Nie o wiek tu więc chodzi... Może o to, że ja jestem jednak tak silnie przywiązana do tych, co w Polsce, że cały czas jedną nogą jestem tam. A drugą tu. Robię więc permanentny i na dłuższą metę cholernie niewygodny szpagat. Może po protsu ludzie o bardziej wygimnastykowanej osobowości nadają się do takiego życia lepiej.

Czasem łapię się na tym, że odliczam dni i miesiące do maja, cały pobyt tutaj traktując jak coś, co trzeba przetrwać. A przecież wcale tak nie chcę - po pierwsze, spotkałam tu świetnych ludzi, których pokochałam i którzy zrobili dla mnie dużo dobrego. Pewnego rodzaju niewdzięcznością jest więc myślenie w taki sposób. Poza tym odczuwam wielką niechęć do zabijania czasu - w końcu tak niewiele go mamy... Zbyt mało, żeby całe miesiące traktować jak przeszkodę. Siedzę więc sobie taka rozdarta pomiędzy karmieniem Noeme a zakupami i gotowaniem obiadu i zastanawiam się, co z tym fantem zrobić... Może po prostu muszę przyjechać do Polski i spotkać tych wszystkich, za którymi tak tęsknię? I przytulić, i pogadać w cztery oczy, a nie za pomocą skype'a? I może wtedy będzie mi tu łatwiej..? Czas pokaże. Jak się nie uda w ten sposób, to będzie trzeba wymyślić coś innego.

A na razie - już tylko trzy dni i kawałek i będę w Polsce! ;)

czwartek, 16 grudnia 2010

no dobrze, to ponarzekam...

Ja rozumiem, że jak jest zbyt cukierkowo, to może się człowiekowi znudzić. Cóż mam jednak poradzić na to, że jestem tu szczęśliwa dokładanie na tyle, na ile człowiek, który straszliwie tęskni szczęśliwym być może..? Jasne, że nie śmieję się non stop, że bywają gorsze dni, że potrafię usłyszeć od J. ostrzejsze słowo - ale żeby o tym pisać na blogu? Mogłabym napisać o tym, że byłam bardzo nieszczęśliwa, kiedy odwiedziła mnie angina z wysoką gorączką pod rękę. I że musiałam w związku z tym wydać kupę kasy na doktora i leki. Nie mogłabym jednak pominąć niesamowitej dobroci i dbałości, jaką okazywała mi wtedy Jeannette, przynosząc gorącą herbatkę i zmieniając zimne okłady - czyli znów cukierkowo.

Myślałam i myślałam i wymyśliłam, że faktycznie mam żal do kogoś tutaj. Otóż zapewne nie wszyscy wiedzą, że od dłuższego czasu nie chodzę jednak z dzieciakami z Dijkje na basen. Okazało się bowiem, że żeby być wolontariuszem, trzeba podpisać umowę wolontariacką. To zrozumiałe - w razie jakiejkolwiek kontroli papiery muszą być w porządku. Żeby jednak podpisać taką umowę, trzeba mieć zaświadczenie o niekaralności z sądu holenderskiego. Żaden sąd jednak nie wyda takiego zaświadczenia komuś, kto nie jest zameldowany w Holandii. I tu się kończą moje możliwości - pytałam, czy polskie zawiadczenie wystarczy - nie wystarczy. Pytałam, czy w jakikolwiek sposób mogę uzyskać taki papier bez zameldowania - nie mogę. W Dijkje sprawę skomentowali wzruszeniem ramion i stwierdzeniem że trudno, no to nie będę pomagać. Zrobiło mi się wtedy przykro, bo zdawało mi się, że byłam tam potrzebna. A tutaj takie "phi, no trudno"... no, ale za to mam czas żeby pisać na blogu w czwartek. Marne pocieszenie, ale maksyma Monty Pythona "always look at the bright side of life" zawsze mi się podobała :)

piątek, 10 grudnia 2010

dziecięca filozofia i dorosłe dylematy

Annique dostała od Mikołaja - wśród tony innych rzeczy - wymarzoną lalkę Baby Born oraz zestaw małego lekarza. Stwierdziła, że ona przecież nie może być lekarzem, skoro jest mamą i zestawem kazała się bawić swojej koleżance. W związku z tą sytuacją wywiązał się pewnego dnia przy stole następujący dialog:
Ja: Ale przecież można być jednocześnie doktorem i mamą. Ciocia Karlien jest przecież lekarzem i mamą twoich kuzynek...
A.: Hmm, no tak...
J.: A która jeszcze mama jest doktorem..?
(chwila zastanowienia po obu stronach stołu)
J.: Nikt nie przychodzi mi do głowy... Chociaż właściwie to twoja mama jest doktorem. Tylko nie takim, co leczy ludzi, a doktorem filozofii.
A.: A co to jet filozofia?
J.: No, dobre pytanie...
Ja: A co to jest życie..?
A. (bez zastanowienia): Życie to jest bycie szczęśliwym. I posiadanie wielu przyjaciół. I bycie syrenką i pluskanie się w wodzie i skakanie i tańczenie (tu nastąpiła demonstracja).

A tylu filozofów od wieków i tysiącleci zastanawiało się nad tym problemem..!

środa, 8 grudnia 2010

przyszedł z hukiem i zwiał...


Oczywiście, mowa o Świętym Mikołaju, znaczy Sinter Klaasie. W ciągu ostatniego tygodnia ciągle działo się coś na jego temat - a to impreza w day-care, do którego chodzi Noeme, a to impreza w szkole Annique, a to czytał dzieciom książki w bibliotece... I wszystko to przed 5 grudnia, kiedy są jego urodziny i zostawia już takie poważne prezenty (bo przez cały ostatni tydzień ja też znajdowalam coś w bucie z rana - nawet kalendarz adwentowy z czekoladkami mi się trafił :) ), po czym wraca do rodzimej Hiszpanii.

Sinter Klaas ze Zwarte Pitami

A na urodziny Mikołaja ludzie szykują się długo - o ile z prezentami dla dzieci jest łatwiej, o tyle prezenty dla dorosłych wymagają wytężenia mózgownicy i niemałej kreatywności. Do nas mieli przyjść przyjaciele Jeannette z dwójką swoich dzieci na wspólne świętowanie. J. powiedziała, że bardzo chce, żebym w tym uczestniczyła (taki wyraźny element holenderskiego folkloru), ale nie muszę nic przygotowywać. Od razu wybiłam jej ten pomysł z głowy - jak mam uczestniczyć, to w pełni, czyli też coś zrobić muszę. Stanęło na tym, że nie mam pozwolenia na wydawanie dużo pieniędzy, natomiast kreatywność będzie mile widziana. Wytyczne wyglądają następująco: prezent ma wyglądać na coś innego niż jest oraz ma być do niego załączony wierszyk.

Chodziłam więc i się głowiłam, aż ostatniej nocy się wzięłam do roboty. Dla Jeannette zrobiłam świecznik z butelki po wiśniówce i faktycznie udało się ją wkręcić, że znowu alkohol od swojej au pair dostaje... Przyjaciółka J. dostała skarpetki w opakowaniu po lodach, a jej mąż uniwersalnego pilota w opakowaniu po literce z czekolady. Przy tym każde z nich musiało przeczytać załączony do prezentu wierszyk po polsku - cóż, polska język trudna język - dawno się tak nie uśmiałam, bo to co oni wyprawiali brzmiało raczej z lekka po chińsku. W każdym razie bawiłam się świetnie. Sama też dostałam dużo prezentów od Jeannette, do prawie każdego był dołączony wierszyk pasujący do rzeczywistości - uzdolniona kobieta, nie ma co! Zdjęcia wierszyków w najbliższym czasie wrzucę na chomika, żebyście mogli sobie poczytać tę radosną twórczość :)

środa, 1 grudnia 2010

wyjątkowa okazja...

Jakiś czas temu życie dwójki (a właściwie trójki) ludzi rozświetliła obecność kolejnego Ludzia. Ludź ten był bardzo niewielki, ale oczywiście piękny. I swoją obecnością - czasem cichą, czasem wręcz przeciwnie - ubogacił życie jeszcze wielu innym osobom. Trzem, które miałam przejemność poznać nawet dał ten Ludź życie. I taka jedna Agata na przykład nie wyobraża sobie, żeby nie dziękować Bogu za ileśtam lat, kiedy ów Ludź chodzi po świecie i rozsiewa dobro na swój niesamowity, cichy sposób... Sama ostatnio zastanawia się nad tym, czym jest macierzyństwo (praca z małymi dziećmi daje do myślenia na ten temat...) i dochodzi do wniosku, że nie jest łatwe. A jej Mama radzi sobie z nim naprawdę super. Bo jest super Ludziem. Dlatego, Mamusiu - życzę Ci wszystkiego, co najlepsze: 
zdrowia, 
radości, 
nieprzesadnej ilości trosk, 
śniegu tylko tyle, żeby dawał radość, nie utrudniając życia
pociechy z dzieci
błogosławieństwa Bożego we wszystkim, co przesięweźmiesz...


No i wirtualny ulubiony kwiatek specjalnie dla Ciebie. Przytulę do kwadratu, jak się zobaczymy...

sobota, 27 listopada 2010

Sinter Klaas en Zwarte Piet

Annique w stroju Zwarte Pieta
Nim przyjechałam do Holandii, to byłam pewna, że dzieci na całym świecie spodziewają się Świętego Mikołaja w czasie Świąt Bożego Narodzenia. I tego, że przybędzie z Laponii... Nie dało mi do myślenia nawet amerykańskie przekonanie, że ów upragniony gość mieszka na Biegunie Północnym. Tutaj okazuje się, że ani z Laponii ani z Bieguna, tylko z Hiszpanii i wcale nie w Święta, tylko na 5 grudnia (tutejsze Mikołajki). A i to nie do końca. Do Holandii Święty przybył z wielką pompą już dwa tygodnie temu. Relacja z jego przyjazdu byla powtarzana kilka razy w telewizji, dzieci przyszły go przywitać i nachapać się słodkości. Teraz codziennie oglądają w telewizji specjalne wydanie wiadomości, poświęcone poczynaniom jego i jego nierozgarniętych pomocników (Zwarte Piets - pomalowani na czarno panowie o karmazynowych ustach i zabawnych strojach... czyli znów - wcale nie krasnoludki ani nawet elfy...). A, i wcale nie przybywa saniami ciągniętymi przez renifery, tylko w łodzi. A po lądzie przemieszcza się na koniu o imieniu  Amerigo. No człowiekowi się cała wizja wszechświata niemal wali... A co dopiero, gdybym była te dwadzieścia lat młodsza...

Tak serio jednak, po pierwszym szoku spowodowanym różnicą, zaczęło mi się podobać to całe świętowanie. Dzieci tutaj co wieczór od przyjazdu Mikołaja do Holandii do owego 5 grudnia śpiewają specjalne piosenki o Mikołaju i jego pomocnikach oraz stawiają przy drzwiach buty, w które wkładają dla niego laurki  i marchewki dla jego konia. Rano w tym miejscu znajdują małe prezenty albo sezonowe przysmaki - tzw. peppernoty, albo mandarynki, podrzucone przez Czarnego Pita... Cała ta sytuacja - chociaż oczywiście bardzo skomercjalizowana - ma też jeszcze jeden plus. A przynajmniej tak to sobie wyobrażam, jak będzie - zobaczymy. W każdym razie myślę, że dzięki wcześniejszemu otrzymaniu prezentów, bardziej można się skupić na sensie Świąt Bożego Narodzenia - bo na ogół tutaj w Święta prezentów już nie ma. W Polsce to prezentowe zamieszanie zawsze w jakimś stopniu przysłania znaczenie Świąt. Tutaj może jest inaczej...

No i jeszcze jedna rzecz - mnie Czarny Pit też nawiedził któregoś dnia (a właściwie nocy, i właściwie nie mnie, tylko mojego buta). Otóż któregoś wieczoru (a byłam wyjątkowo wesoła, gdyż choroba sobie poszła i mogłam znów normalnie funkcjonować) razem z Annique śpiewałyśmy piosenkę wieczorną, ja dołożyłam jeszcze choreografię i Jeannette stwierdziła, że zasłużyłam na to, żeby też wystawić buta z marchewką. No to wystawiłam... A rano znalazłam zamiast marchewki pyszną mandarynkę. No i kto mi teraz powie, że taniec się nie opłaca..?

sobota, 13 listopada 2010

Polak potrafi... pić wódkę ;)

Trochę przewrotnie zaczęłam, ale chyba dzięki wódce w ogóle doszło do tego spotkania... Otóż od dawna planowaliśmy ze znajomymi poznanymi we Francji zorganizować jakieś spotkanie powakacyjne w Utrechcie. Mobilizacja była jednak żadna, ciągle coś komuś nie pasowało i odkładaliśmy to tak długo, że zdążyłam nawet dwa razy pojechać do Polski i do tego za drugim razem wrócić autobusem (ble!). Dzięki temu, że właśnie wracałam tym strasznym środkiem transportu (ble! ble!), mogłam moim holenderskim znajomym przywieźć moją ulubioną dębową. Na wieść więc o tym, że owa dębowa czeka na spotkanie i nie wiadomo, jak długo poleży w moim pokoju nietknięta, panowie jakoś szybciej się wzięli i zorganizowali i do spotkania wreszcie doszło :)

Bawiliśmy się wszyscy świetnie - dzieciaki miały wreszcie okazję się spotkać i razem poszaleć, Richard wykazał się po raz kolejny swoim kunsztem kulinarnym i zaserwował wszystkim kolację taką, że palce lizać, Ninke przyniosła gitarę, którą sama (!) zrobiła i nie obyło się bez - tradycyjnego już w tym towarzystwie - Hallelujah, a Lizet zachwycała ludzi coraz większym brzuchem. Oraz zaskoczyła nas informacją, że urodziwszy cztery córki, doczeka się wreszcie syna. Ja też się popisałam, chociaż chyba nie ma się czym chwalić...


Otóż okazało się, że "pić wódkę" oznacza nieco co innego w Holandii i u nas. Zdziwiłam się więc, kiedy moją niewielką (ale normalną) szklankę Riz zapełnił w połowie. Uznałam, że to stanowczo za dużo. On popatrzył na mnie dziwnie, spytał, czy nie dam rady tego wypić i usłyszał, że... hmm... nie, no chyba dam. Jeszcze bardziej się zdziwił, kiedy na hasło "na zdrowie" wzięłam i wypiłam jednym łykiem. Bo oni się delektują. No tak - gdybym wiedziała, że w nagrodę naleją mi ichnią wódkę, to swoją piłabym przez cały wieczór i delektowała się każdym małym łyczkiem...

Niemniej wieczór byl szalenie sympatyczny. Cudnie było spotkać tych ludzi znowu, pogadać o wszystkim i o niczym, pobawić się z dzieciakami i po prostu tam być. Następne teakie spotkanie w Tilburgu - tylko tym razem z francuskim pastisem zapewne, więc picia "na raz" na pewno nie będzie ;)

piątek, 12 listopada 2010

pożegnania...

Kiedy decydowałam się na zostanie au pair, nie miałam pojęcia, że te pożegnania będą takie trudne. Niewiele one mają jednak wspólnego z samą moją "profesją", a wiele z przebywaniem zagranicą i przebywaniem z ludźmi w ogóle. Zwłaszcza kiedy ma się moje usposobienie...

Żegnanie się z najbliższymi za każdym razem, kiedy jestem w Polsce jest strasznie bolesne.

Żegnanie się z Tym Jedynym po wspaniałym wspólnym weekendzie - wręcz okropne.

Sama perspektywa pożegnań w maju - przerażająca. Zwłaszcza, że Jeannette powiedziała mi, że podczas weekendu, na który wyjechala z dziewczynkami, Noeme bardzo za mną tęskniła. Nie można oczywiście stwierdzić tego na pewno. W wielu sprawach dotyczących Noeme trzeba zdać się na intuicję. Ale jeśli Jeannette tak mówi, to coś w tym jest. No i to właśnie jest najbardziej przerażające. Bo ja za te pół roku jakoś sobie - chociaż z trudem - poradzę. Wszyscy, których tu poznałam, polubiłam czy pokochałam - też. Ale takiej Noeme to będzie naprawdę ciężko.

I jakie wnioski można wyciągnąć z tego bólu obecnego czy przewidywanego? Nie wyjeżdżaj daleko na dłużej, bo z tym wiążą się pożegnania? I smutek i żal? Może...
Albo: wyjeżdżaj - ale się nie przywiązuj... Powodzenia, ja nie potrafię.
A może po prostu pełne rezygnacji: takie jest życie? Jak chcesz żyć w pełni, to bólu nie unikniesz. Ani rozczarowań, ani łez...

Na szczęście uśmiechu i powitań też :) Dlatego - do grudnia, Kochani!

środa, 10 listopada 2010

listopadowo...

Ktoś kiedyś spytał mnie, kiedy najbardziej tęsknię za domem... Wtedy trudno mi było odpowiedzieć na to pytanie. Dzisiaj wiem - najbardziej tęsknię za domem 1 listopada. Wtedy, kiedy w dalekiej Polsce wszyscy chodzą na cmentarze, kiedy szczególnie intensywnie myślą o bliskich czekających "po tej drugiej stronie", kiedy w Warszawie jeżdżą specjalne "cmentarne" autobusy, kiedy na Bródnie można kupić pieczone kasztany... Tęsknota tego dnia jest największa - bo to czas, który powinno się spędzać z rodziną, w wyjątkowej zadumie, kiedy można krytykować odblaskowe wiązanki ze sztucznych kwiatów, grające znicze na baterie i cały ten festyniarski kicz, z balonikami na czele... Kiedy zjada się góry pańskiej skórki, parzy palce zapalając na cudzych grobach znicze, które zgasły i myśląc o tych, których mogił nikt nie odwiedził... To czas, kiedy trzeba wieczorem iść pod pomnik Polegli Niepokonani i zachwycić się całkowicie wyjątkową atmosferą tego miejsca w tym czasie, dziękując w myślach tym, których ów pomnik ma upamiętniać... To czas, kiedy można pogadać ze Świętymi i puścić oko zaświatom. To czas, kiedy człowiek powinien być w domu...

wtorek, 19 października 2010

"Mam kapelusz, mam kapelusz..."

Nie cierpię Teletubisiów, niemal wysypki dostaję na sam ich widok, jednak pioseneczka* śpiewana przez Dipsy (ten zielony - kto widział ten wie, a kto nie widział, ten nie ma czego żałować...) jak się mnie uczepiła, tak trzyma od kilku lat. A tutaj nawet pasuje. Kupiłam sobie bowiem w końcu - po latach zastanawiania się - kapelusz... Niewykluczone, że pierwszy i nie ostatni :)

Sobotni dzień spędziłam niesamowicie sympatycznie, na zakupach z Anią - jedną z au pair poznanych w czerwcu - w Amsterdamie. I chociaż nie zawsze przepadam za shoppingiem, tym razem miałam wiele frajdy. Ania, jak mnie zapewniała, też. Nie szata zdobi człowieka, ale jakoś tam zawsze wpływa na jego zachowanie. Gdzieś kiedyś czytałam, czy słyszałam o tym, że wpływa też na człowiecze pisanie. Zdaje się, że to recenzja książki była... W każdym razie kiedy w Peek&Cloppenburgu ubrałam się w bardzo drogie poncho i kapelusz, od razu poczułam się bardziej luksusowo... I chociaż boję się pomyśleć, co stworzyłabym usiadłszy do komputera w takim stroju, uczucie było całkiem sympatyczne. Na przymierzenie luksusowej sukni (złota z czarną koronką - cudo!) zabrakło mi jednak energii. Siły na zakupy trzeba dobrze rozłożyć, żeby nie stracić całej anargii na samym początku, bo potem to już człowiek myśli tylko o tym, że jest zmęczony.

Jak wiadomo, dzień przenaczony na zakupy aby był udany, musi się zakończyć chociaż jednym satysfakcjonującym... zakupem. W moim przypadku był to więc wspomniany wyżej (a widoczny poniżej) kapelusz, w przypadku Ani - dżinsy. Następnym razem wybiorę się na amsterdamski bazar - podobno wielki i o świetnej atmosferze. No i pewnie w końcu do jakieś muzeum też odwiedzę. Bo do tej pory moje wizyty w stolicy ograniczały się do takich bardziej pospolitych, za to nie bardzo turytycznych czynności, jak picie wina nad kanałem i właśnie zakupy.








* Cały tekst owej pioseneczki dostępny... w tytule niniejszego posta. Teletubisie nie są tworzone dla profesorów uniwersyteckich... No i zawsze nie jest to krasnoludzie "Złoto, Złoto, złoto..."**
** Z całego serca polecam lekturę książek T. Pratchetta - o krasnoludach na pewno można poczytać w "Straż! Straż!" i pewna nie jestem, ale o tej piosence pewnie też tam jest...

"Agata zorgt voor rust", czyli zawód: dobra wróżka

Tak to już jest na świecie, a w moim życiu zwłaszcza, że jak nic się nie dzieje, to naprawdę nic się nie dzieje i nie ma o czym pisać. A jak się zaczyna dziać, to tyle, że na pisanie nie ma czasu. Teraz jednak chwilę znalazłam i zacznę od piątku, bo wtedy zostałam - a właściwie wszystkie zostałyśmy - sławne.

Początek tematu posta to tytuł artykuliku na nasz temat, który to artykulik (notatka właściwie) ukazał się w piątkowym dodatku do gazety Brabantse Dagblad. Na temat instalowania au pair poświęcono całą stronę, z czego 2/3 zajęło jedno zdjęcie, jakąś 1/7 tekst, a resztę puste miejsce. A 2,5 godziny dziennikarka nas męczyła... Nie narzekam zresztą na długość artykułu - tym, co wkurza mnie naprawdę jest fakt, że zawiera on kilka błędów. Nie czepiałabym się tak bardzo, gdyby nie to, że na długo nim gazeta się ukazała, Jeannette przeczytała ten artykuł i przesłała poprawki dziennikarce. Ja wiem, że pisząc czasem łatwiej użyć skrótu myślowego, z którego wychodzi coś prawie jak prawda. Zmiana nazwy stanowiska pracy Jeannette jednak raczej nie powinna być problemem. Ani tego, gdzie się uczę angielskiego. Dziennikarka bowiem napisała że się uczę w Wijkcentrum (czyli tam gdzie ducza) - mojej nauczycielce (prywatnej, a nie zrzeszonej w Wijkcentrum - czekała na ten artykuł, zapowiedziała, że na pewno kupi gazetę i w ogóle bardzo się całą tą sprawą przejmowała) musiało się zrobić przykro...

Poza błędami jednak artykulik jest sympatyczny, pokazuje mnie w miłym świetle i raczej zachęca do zaproszenia au pair. W przybliżonym tłumaczeniu, tytuł oznacza "Agata zapewnia spokój" - i czasem jak patrzę na Jeannette, to sobie myślę, że coś w tym jest. Bez wątpienia łatwiej jej się żyje, od kiedy przyjechałam. No - taki był plan ;)

Zamieściłabym tu skan owego artykułu, ale obawiam się, że istnieją jakieś prawa autorskie. Kiedy wrócę, to będzie do wglądu u mnie (miałam kupić kilka egzemplarzy, ale załapałam się w kiosku na ostatni...) - razem z jakimiś naleśnikami, czy coś ;)

środa, 13 października 2010

Oficjalne podziękowania

Doktorowi Grzeniowi serdecznie dziękujemy za uleczenie ślepoty komputera. Wdzięczni jesteśmy niezmiernie - on i ja, a Ci, którzy lubia zdjęcia przy postach pewnie też. I wszyscy razem: DZIĘ-KU-JE-MY!

...a w ramach dowodu i podziękowania piękna, dwukolorowa i nieco rozmazana (za to zdjęcie zrobione własnoręcznie) jeżyna:

poniedziałek, 11 października 2010

pająk w basenie, czyli złota holenderska jesień...


Ja wiem, że dawno nie pisałam, ale to po prostu dlatego, że niewiele się u mnie dzieje. Jakoś tym razem łatwiej przyszło mi przystosować się na powrót do holenderskiej rzeczywistości - pracuję więc, uczę się angielskiego i ducza i mnóstwo czasu tracę na plagę obecnych czasów - demotywatory, komixxy i basha. A ostatnio też na pitu pitu. Dzisiaj jednak wzięłam się trochę w garść, czego dowodem może być niniejszy post... Oraz fakt, że wyszukałam sobie w końcu zajęcia z salsy (tańczyć, tańczyć, tańczyć!) i dziś będę dzwonić w tej sprawie - a nuż uda mi się jednak nie zardzewieć..?
w poszukiwaniu jesiennych skarbów

Bo jesień holenderska jest nieoczekiwanie piękna - słońce grzeje niemal jak w lato, "liście z drzew spadają masłem na dół", uprzednio wdzięcznie się zaczerwieniwszy lub zażółciwszy, a mordercze żołędzie spadają ludziom pod nogi (tym co mają szczęście) lub na głowy (tym, co tego szczęścia nie mają). Brakuje mi tylko babiego lata (bo wielki, czarny i martwy pająk w basenie się chyba nie liczy..?) i śliwek w sklepie (jeszcze się musze wybrać na targ, nim zacznę na poważnie narzekac na ten brak) i orzechów świeżutkich brakuje też. Nie narzekam jednak, bo na świecie jest naprawdę pięknie. W sobotę poszłyśmy więc z dziewczynkami do lasu szukać skarbów jesieni - miałyśmy z tym dużo frajdy i zrobiłam kilka ładnych zdjęć z myślą o blogu. Niestety, mój komputer właśnie oślepł na wszystkie obce nośniki pamięci poza płytami CD. Nie widzi niczego, co mu wzadzę za pomocą USB, nie widzi też karty z aparatu. Najbliższe wpisy będą więc bezzdjęciowe. Trudno...


P.S. Dzię-ku-je-my Grzeniowi za uleczenie komputera - a powyżej szyszka od Annique :)

czwartek, 30 września 2010

jesiennie

Tak jakoś szaro i ponuro za oknem, daleko od domu i od tych, co ich kocham najbardziej. Tęsknota zwiększona tym bardziej, że tak niedawno tam byłam, rozmawiałam z wszystkimi (chociaż właśnie z nie wszystkimi - znowu nie zdążyłam...), mogłam dotknąć i przytulić... No i ta szarość za oknem. Nic to, kiedyś przecież wrócę. Teraz zresztą radzę sobie tutaj lepiej, niż przy okazji ostatniego powrotu do holenderskiej rzeczywistości. To strasznie dziwne żyć jakby w dwóch światach, w dwóch miejscach niemal na raz. Zwłaszcza, jeśli oba te miejsca się lubi (nawet jeśli jedno bardziej). Rację miał Horacy pisząc o chwytaniu dnia - i rację miał Taki Jeden, kiedy zakazał mówić o wyjeździe. Dzięki temu przeżywałam każdą chwilę w Warszawie bardziej, nie zastanawiając się nad tym, że przecież przyjechałam tylko na krótko. Teraz muszę zastosować tę zasadę do bycia tutaj, bo inaczej zwariuję. Całe szczęście, że wróciłam do ludzi, którzy mnie lubią - Jeannette z Annique na powitanie upiekły dla mnie ciasto z serduszkami - to duże i zielone było moje :)  Annique wskoczyła na mnie jak mnie tylko zobaczyła i długo nie chciała puścić, Jeannette powiedziała, że beze mnie ciężko i bardzo się cieszy, że jestem, i nawet Noeme się ucieszyła. Ludzie z day-care również. No i za co ci ludzie mnie tak lubią..?

A tak na jesienną poprawę humoru polecam słuchaną ostatnio bardzo często piosenkę: dzień w kolorze śliwkowym.

wtorek, 14 września 2010

najpiękniejsza 150-latka



O ile dobrze liczę, to 6x25=150. Możnaby więc uznać, że obchodząc szósty raz 25. urodziny, obchodziłam urodziny sto pięćdziesiąte. No, to rzeczywiście stara jestem...


Ale o tym obchodzeniu - niespodziewanym zresztą - od początku:
Na ubiegłą sobotę zaplanowałam odwiedziny u koleżanki, która mieszka bardzo niedaleko Amsterdamu, w Abcoude. Koleżanka owa zapraszała mnie do siebie już od dawna, a że i miałam wolną sobotę i chciałam się wyrwać z Tilburga i pogoda była piękna i - last but not least - ją lubię, wzięłam, wstałam o barbarzyńskiej (jak na sobotę) 8 rano i pojechałam. I nie żałuję. Najpierw spędziłyśmy trochę czasu u Ani i poznałam dzieciaki, którymi sie opiekuje - bardzo sympatyczne. Najmłodsza, Coco, pokazała mi, jak się chodzi na szczudłach i próbowała mnie nauczyć jeździć na nowomodnej deskorolce z dwoma kółkami - po jednym na stronę. Dużo śmiechu przy tym było, a ja zaliczyłam kolejne dwa "pierwsze razy". Potem wybrałyśmy się na bardzo sympatyczną wycieczkę rowerową po holenderskiej bogatej wsi. Czułam się trochę jak w filmie - taka ta wieś ekskluzywna, obrazkowa i w ogóle. Noo i w końcu przywitałam się z jakimś wiatrakiem. Do tej pory widywałam owe symbole Holandii tylko z daleka. Tym razem udało się takiego nawet dotknąć. Mieszkańców na szczęście nie było (bo ten wiatrak robi za mieszkanie - to musi być niesamowite: mieszkać w wiatraku!), więc nikomu nie przeszkadzałyśmy.

Z Anią świętowałam moje urodziny 29. sierpnia, jednak teraz dostałam jeden z prezentów, którego zapomniała wówczas wziąć. Potem, w Amsterdamie spotkałyśmy się z Timem (który też był 29., ale obiecał mi prezent, jak przyjadę do Amsterdamu - dostałam więc wybraną przez siebie cudna koszulkę) oraz z Orsi, której nie widziałam od czerwca. Nie mogła przyjechać na imprezę, więc teraz przyniosła ciasto i butelkę wina. No i zrobiliśmy regularną imprezę nad amsterdamskim kanałem! Nawet tańczyłam, przyprawiając biednego Tima niemal o palpitacje, bo o mało przy tym nie wpadłam do wody...

W każdym razie spędziłam cudowny dzień z ludźmi, za którymi przepadam. Zdobyłam kilka nowych doświadczeń (taką deskorolkę to chyba sobie nawet kupię) i skończyłam 150 lat. Pewien Ktoś powiedział, że nie szkodzi, bo jestem najpiękniejszą 150-latką, jaką zna. No, fakt - najprawdopodobniej jestem najpiękniejszą 150-latką, jaką zna ktokolwiek :) Za komplement jednakowoż serdecznie dziękuję i pozdrawiam z Holandii oraz z głębi mojego starczego serca wszystkich, którzy świętowali ze mną którekolwiek urodziny w ciągu całego mojego dlugiego życia.

poniedziałek, 6 września 2010

Karma, czy święty Antoni?

Pytanie jest przewrotne - oczywiście, że święty Antoni :) Wyjątkowo mnie lubi, możliwe też, że moja babcia w niebie jakoś go mobilizuje, żeby ustawicznie mi pomagał... A było to tak:

Sobotni dzień spędziłam bardzo radośnie, robiąc rzeczy, na które od dawna miałam ochotę - zdjęłam wreszcie z polskiego telefonu SIM-locka (teraz mogę widzieć, kto do mnie dzwoni na holenderski numer oraz mogę przechowywać więcej niż 20 SMS-ów na raz! Oraz kilka innych rzeczy stało się dostępnych, co mnie bardzo cieszy...), spotkałam się z dawno niewidzianą przyjaciółką i zaspokoiłam moją potrzebę posiadania nowej bluzki (a nawet trzech!). Na zakończenie tego pięknego dnia udałam się do ulubionego parku i znalazłam czyjś telefon. Używając mózgu i mojego telefonu (ulubiona Nokia, wreszcie!) ustaliłam mniej-więcej, kto jest właścicielem i w niedzielę ów właściciel (a właściwie jego mama) wśród tysięcznych podziękowań zgubę odebrał.

Sama niedziela też była sympatyczna - wybrałyśmy się na wycieczkę rowerową, wszystkie cztery! Pogoda cudowna, pokazałam im mój ulubiony park (bo ja naszą okolicę znam już lepiej niż Jeannette - ona nie ma czasu zwiedzać...) oraz mini zoo z jeleniem i jego rodziną, z ptactwem różnym, kangurem, lamami i takimi tam... Jednym słowem - niedziela na plus.

Szkoda, że dziś się popsuło nieco. Bo najpierw o mało co nie zablokowałam karty Jeannette, a potem zgubiłam mój świeżo odblokowany telefon. Żal straszny, stres jeszcze większy (bo co, jeśli ten co znalazł zaraz zacznie dzwonić na Haiti??? A ja mam abonament!) i przewidywanie strasznych komplikacji. Ech. Wtedy to pomyślałam sobie, że fajnie, gdyby taka karma rzeczywiście działała - nie musiałabym się martwić, bo telefon na pewno ktoś by mi oddał. Że jednak w karmę nie wierzę, to znowu uruchomiłam gorącą linię Gat-święty Antoni (patron rzeczy zagubionych. Założę się, że jak już spotkamy się w niebie, to będzie miał mi co nieco do powiedzenia). Dzięki więc super pomocy z Nieba i szczęśliwie spotkanej w parku znajomej, udało się skontaktować z osobą, która znalazła mój telefon i za półtorej godziny będę mogła go odebrać :) Ech, czym by było życie bez emocji..?

sobota, 4 września 2010

Będę sławna, czyli jednak coś się dzieje

No, dzieje się dzieje: na przykład wczoraj był u nas fotograf (którego wizytę poprzedziła czerwcowa wizyta pewnej sympatycznej dziennikarki, która zrobiła z nami wywiad), taki profesjonalny, i robił nam zdjęcia*. Żeby potem opublikować je w gazecie. Ktoś kiedyś bowiem uznał, że warto zrobić cykl artykułów o tym, jak ułatwić sobie życie. Jednym ze sposobów jest zainstalowanie w swoim domu au pair. I właśnie o takiej instalacji au pair owa pani postanowiła napisać, a że mieszka bardzo blisko nas, to my stałyśy się jej "ofiarami". Chętnymi zresztą, bo kto w dzisiejszym zwariowanym świecie nie goni za sławą..?


A tak z zupełnie innej beczki: już kilka osób mnie pytało, jak napisać komentarz i się podpisać. Otóż z dostępnych opcji przy "komentarz jako" należy wybrać Nazwa/Adres URL i w polu "nazwa" się podpisać, a pole "adres URL" zostawić puste, po czym kliknąć "dalej" i "zamieść komentarz". I klaar, jakby Holender powiedział. To tak dla ułatwienia. A korzystając z okazji chciałabym raz jeszcze podziękować za wszystkie komentarze i zaznaczyć, że baaardzo lubię je czytać. Te anonimowe też, chociaż wolę jednak wiedzieć, komu odpowiadam :)



* Jak fotograf prześle i się zgodzi, to jakieś coś jeszcze do tego posta wkleję

czwartek, 2 września 2010

dziękować za zwykłe rzeczy...

Nie wiem, czy ostatecznie o tym napisałam, ale udało mi się zostać wolonatriuszką w day-care, do której chodzi Noeme. Nie mogę tylko pracować w grupie, w której jest moja mała podopieczna - taka polityka organizacji. Nie zgadzam się z nią, ale nic nie poradzę. Zwłaszcza, że teraz już nawet nie chcę nic na to poradzić. W czwartkowe poranki chodzę bowiem do grupy drugiej, docelowo żeby pomóc wziąć dzieciaki na basen. Pierwsze tygodnie jednak niestety nie zawierały w sobie owego basenu - z różnych powodów lądowaliśmy na spacerze. Poznawałam wtedy sposób funkcjonowania podopiecznych i pracowników - oczywiście sami sympatyczni ludzie. Zaznajomiłam się więc z Firiel - dziewczynką o wyglądzie elfa bądź wróżki; Niną - wesołą kokietką; Ricardo - przyjaznym chłopcem, który wszystkich nazywa "mama" albo "nana", zależy od dnia; Milanem - pełnym energii, wiecznie podekscytowanym młodym człowiekiem; Sanderem - który głównie siedzi i którego jeszcze za dobrze nie poznałam (ale jeszcze poznam); oraz Kieferem - siedmiolatkiem o dużym sprycie i niemałym poczuciu humoru.

W ubiegły czwartek udało nam się w końcu wszystkim razem - poza Sanderem, który brał jakieś leki akurat - znaleźć w basenie. To niesamowite, jak te dzieciaki lubią wodę. Zresztą nic dziwnego - tu są mniej ograniczone, więcej się ruszają i mogą się jakoś przemieszczać bez pomocy innych ludzi. Kiefer nawet potrafi chodzić w wodzie! Milan chyba też, ale on najchętniej całą tę wodę z basenu by wypił. Trzeba go więc pilnować, co było moim głównym zajęciem dzisiaj. A nie było to łatwe, bo uparty jest..!

W każdym razie widok ich uśmiechniętych twarzy, wyraz radości w oczach, kiedy zbliża się moment wejścia do basenu i ten już wodzie - bezcenny. Czuję się dużo bogatsza mogąc w tym uczestniczyć. I wdzięczna Bogu, że mogę się na coś komuś przydać. I że daje to tyle radości - im i mnie.

wtorek, 31 sierpnia 2010

zwyczajne życie

Człowiek przyzwyczaja się na nowo - do wstawania o określonej porze, do karmienia dzieci, gotowania obiadów... Niestety, człowiek wrócił z Polski nieco zepsuty, co najlepiej widzą ci, którzy chcieliby jeść to, co ugotował ów człowiek. Prawda jest bowiem taka, że odkąd wróciłam, to lepiej żebym nie zbliżała się do kuchni
(poza naleśnikami, które były jak zwykle pyszne). Albo zapomnę receptę i pominę trzy najważniejsze składniki, albo rozgotuję, albo zamiast usmażyć czekam na piekarnik, żeby upiec, a potem wszystko zimne, albo - jak dzisiaj - niedogotuję i wychodzi krwisty kurczak na obiad. Jeszcze trochę, a Jeannette wymieni mnie na lepszy model... Zastanawiając się nad genezą tej mojej impotencji kulinarnej dochodzę do dwojakiego rozwiązania: albo wynika to z dosłownej choroby - faktycznie, kicham, kaszlę i mi zimno, albo z choroby w sensie przenośnym. To pierwsze jest lepszym rozwiązaniem, bo minie. To drugie - nie wiadomo. Ale jeśli skutki spożywcze utrzymają się dłużej, czeka nas przejście na zupkę z papierka. Ech...

poniedziałek, 30 sierpnia 2010

ćwierć wieku minęło, teraz z górki

Zawsze mam mieszane uczucia, co do swoich urodzin - no bo niby z czego tu się cieszyć. Kolejny rok za mną, coraz mniej przede mną, znajduję się w centrum uwagi (a to nie jest mój sposób na życie, takie centrum)... Sytuację ratuje fakt, że widzę, ilu ludzi o mnie pamięta i rzeczywiście dobrze mi życzy. Wczorajszy dzień przeżyłam więc bardzo sympatycznie, otoczona ciepłem osób, które chciały być przy mnie. Annique uczy się powoli, że prezenty są dla jubilata, a nie dla niej - trudna to nauka, ale ważna. Zresztą Annique była super - namalowała mi piękną laurkę oraz upiekła mi tort (prawie sama, Jeannette tylko pomagała)! I w ciągu dnia robiła dla mnie prezenty ze swoich zabawek, które owijała w materiał... J., jako że zdążyła mnie przez te kilka miesięcy poznać, zrobiła mi też świetny prezent: maszynkę do kawy, spieniacz do mleka oraz prawdziwą, pyszną, z Włoch przywiezioną kawę. Mniam! W ogóle prezenty to fajna rzecz, nie sądzicie? Nie mniej ważne niż te materialne są te, które po prostu zmuszają do uśmiechu - dziękuję więc za wszystko, co dostałam - również za wszystkie życzenia i pamięć. I za piosenkę, przy której się popłakałam ze śmiechu i wzruszenia. I za telefon nieoczekiwany bardzo dziękuję - lepszego uwieńczenia dnia nie mogłam sobie wyobrazić. A teraz z uśmiechem wkraczam w 26. rok życia mojego - niech Was w nim nie zabraknie!

sobota, 28 sierpnia 2010

Prosiak daleko, pora na ślimaka

Dzień 15, czwartek: Keesy i Riszardy wyjechali, więc zrobiło się trochę smutniej. Wieczorem pojechałyśmy za to na kolację do Audrey - byłej opiekunki dziewczynek, która teraz zarządza kempingiem. Oczywiście, tym kempingiem, na którym byłyśmy. Audrey mieszka z trójką dzieci i ich tatą w pięknej, malowniczej prowansalskiej wiosce, w domu, którego jedną ze ścian stanowi oryginalna skała. Robi wrażenie! A jej dzieci są super! Lindive (chociaż złamanego grosza nie dałabym za poprawność tej pisowni) oprowadziła mnie po wiosce, Mumbera zachwycał uśmiechem, a Kazembe podbił moje serce mówiąc na pożegnanie polskie "do widzenia" (sprawdził w internecie i się podzielił). Kazembe w ogóle jest niesamowity - 15-latek o ogromnych zdolnościach we wszystkich niemal kierunkach. Właśnie skończył szkołę i wybiera się na studia.

Dzień 16, piątek: Zbieramy się do odwrotu. Miałyśmy wyjechać koło 10 rano, wyjechałyśmy o 13.30. W pośpiechu porannym nie pomyślałam, żeby obejrzeć adidasy przed założeniem. Wepchnęłam więc prawą stopę w dawno nieużywanego buta, poczułam pyknięcie i - niespodzianka! Mam escargot na skarpetce...

Jeannette nie chciała się nigdzie zatrzymywać po drodze i postanowiła dojechać za jednym zamachem do samego Tilburga. Nieco mnie przerażał ten pomysł, ale ona zna siebie, mądra jest i dorosła. I rzeczywiście - droga była łatwa i przyjemna z początku. I byłaby taka dalej, gdyby nie jeden błąd - to JA byłam co-pilotem. Dzierżąc mapę stwierdziłam, że przecież jest tu krótsza droga, niż ta autostrada, którą jechałyśmy. Kazałam więc w okolicach Luksemburga w środku nocy zjechać na inną drogę, a Jeannette mi ufała. Błąd. Okazało się, że chciałam nas wywieźć o północy, bez gazu (ostatnie zielone światełko zaczynało nam rozpaczliwie migać) na drogę przez góry. Bez wątpienia malowniczą, ale idiotyczną w obecnych okolicznościach. Koniec końców, wróciłyśmy na autostradę, a ja przestałam być co-pilotem. Ku uldze wszystkich obecnych, chociaż Jeannette twierdzi, że do tego wyskoku radziłam sobie całkiem nieźle. Niemniej, sugeruję jednak GPS, jeśli ktoś chciałby gdzieś kiedyś ze mną jechać.

Już bliżej ślimaka...

Dzień 12, poniedziałek: To był ciężki ranek z ogromnym kacem moralnym, gdyż nieco pękł obraz "Gata Pomocnego" - jednym słowem w czasie burzy się nie popisałam i miałam wyrzuty sumienia. Jeannette jednak podeszła do sprawy ze zrozumieniem, zwaliła wszystko na spóźnioną "homesick" i wybaczyła. A po południu pojechałyśmy do pobliskiego Salon de Provance, żeby oddać do naprawy samochód (wcześnij był naprawiony NSH*) i połazić po miasteczku. Okazało się to świetnym pomysłem, bo miejscowość przeurocza, sklepów mnóstwo, a wyprzedaże zachęcające - jednym słowem babskie popołudnie.

Dzień 13, wtorek: Się wzięłyśmy i wybrałyśmy na wycieczkę do słynnego Avignon. Widziałyśmy z zewnątrz pałac papieży (robi wrażenie). Do środka nie wchodziłyśmy, bo jeśli miałabym ciągać wózek z Noeme po tych wszystkich starożytnych schodach, to do dzisiaj bym się pewnie po tej przygodzie nie ruszała. Za to na sławetny most weszłyśmy wszystkie, a co poniektórzy nawet tańczyli (no, zgadnijcie, kto tańczył na moście w Avignon...)** Zostało to nawet uwiecznione filmikiem, którego wrzucę na chomika, jak mi czas pozwoli. Kiedy wróciłyśmy, zjedliśmy wszyscy razem zwyczajową kolację (pyszną, bo Riszard robił za szefa kuchni), usiedliśmy do picia. Poszłam spać po 2 nad ranem, a "Hallelujah" została ogłoszona hitem wakacji.

Dzień 14, środa: Padłam ze śmiechu, kiedy nasi sąsiedzi obozowi zaczęli przy śniadaniu śpiewać wiadomy utwór. Poczułam się ważna ;) Po śniadaniu pojechałyśmy zwiedzić zamek w les Baux - piękny. Pewnie byłabym w stanie bardziej zachwycać się jego urodą, gdyby nie to, że kilka wieków temu nie przystosowano go do potrzeb dzieci w wózkach i osób niepełnosprawnych. Zmachałam się więc jak dziki osioł. Wycieczkę uratował jednak dla mnie niespodziewany telefon od mojej siostry - rany, jak ja przez ten czas tęskniłam - i za nią i za rozmową po polsku!





*Na Słowo Honoru - skrót wymyślony niegdyś na potrzeby Kaszalota, na którym wszystko było NSH...

** Sur le pont d'Avignon - piosenka znana chyba na całym świecie - tam tańczą wszyscy i w kółko. Ja nie miałam "wszystkich", bo J. kręciła filmik, a A. akurat była obrażona na świat. W kółko tańczyłam więc walca, a w miejscu (bo stwierdziłyśmy, że walc się nie nagrał) - coś innego.

piątek, 27 sierpnia 2010

Brzydki itd.

Dobrze, wracam do Francji, bo patrząc za okno aż się chce słońce i morze powspominać...


Dzień 9, piątek: Jeannette i Annique miały pojechać do Aix na jakiś wypasiony plac zabaw, ale popsuł się samochód i spędziłyśmy leniwe popołudnie na basenie. Wieczorem natomiast zjedliśmy wielką, pyszną wspólną kolację razem z rodziną Lizette i ich przyjaciółmi - Kees'em i Ninke i ich dwoma synami. Naszym wkładem w posiłek były zrobione przeze mnie naleśniki - szkoda tylko, że dzieci zjadły wszystkie, nim dorośli zdążyli spróbować. Co mnie ucieszyło bardzo, to fakt, że Kees i Ninke przywieźli ze sobą gitarę i pozwalali na niej grać. Chwyciłam więc dawno niewidziany instrument i zagrałam oraz zaśpiewałam jedyną piosenkę po angielsku, którą znam na pamięć. O dziwo - spodobało im się i kazali mi bisować kilka razy w ciągu całego wieczoru. Udało mi się więc odczarować "Hallelujah" i zyskać miłe wspomnienia na jej temat!

Dzień 10, sobota: Jeannette i Annique pojechały do Marsylii - jedna do przyjaciół, druga do taty, a ja zostałam z Noeme na gospodarstwie. Nowi znajomi postanowili jednak nie dać mi się nudzić, co zaowocowało zacieśnieniem więzów. Ich dzieci na mój widok śpiewały "Hallelujah" :)

Dzień 11, niedziela: Coraz bardziej lubię Riszardów i Keesów - po wspólnej kawie i lunchu wierzę, że oni mnie też, chociaż nie wiem za co. Wieczorem wróciły J. i A. i przywiozły tatę Annique, który rozłożył swój namiot na tym samym kempingu. W nocy była wieeeelka burza - tego się nie spodziewał nikt.

środa, 25 sierpnia 2010

Dziwny jest ten świat...

To taki mały przerywnik w mojej relacji na temat Francji - po prostu muszę. Ostatni tydzień pełen był emocji, zdarzeń, spotkań z tymi, za którymi tęskniłam od dawna i tym, za którym zaczęłam tęsknić teraz. Brakowało w nim snu i czasu na myślenie - wykorzystywałam każdą minutę, skoro było tych minut tak mało (tylko ok. 10080). Teraz czas na nowo przyzwyczaić się do holenderskiego trybu życia, do obcego języka na ulicach i w domu, do niemożności przytulenia najbliższych (chociaż przytulanie tu obecnych też jest miłym zajęciem). Dziwne jest życie i dziwny jest świat - pełen trudnych wyborów (nie tylko w polityce) i rozdarć, kiedy już tych wyborów dokonamy. W każdym razie tydzień spędzony w Polsce będę wspominać jeszcze długo i oczekiwać kolejnego (21-28. 09.) jeszcze niecierpliwiej niż do tej pory.

Niespodzianek na ten rok wystarczy - minę mamy, kiedy zobaczyła mnie znienacka w swoim domu warto byłoby uwiecznić, niestety nie dałam rady. A emocji i myśli, które przelatują przez głowę i tak wszystkich uwiecznić się nijak nie da - chociaż próbuję ;)

Dziękuję każdemu, komu chciało się ze mną pogadać, spotkać, pośmiać i potańczyć (chociaż niektórych trzeba było zmuszać do tańca siłą ;) ). Dziękuję za te wszystkie relacje, które trwają mimo odległości. I za wytrwałość tych, co dobrnęli do końca rzewnego posta. Następny będzie lżejszy i znów o Francji.

wtorek, 17 sierpnia 2010

Brzydki prosiak w bucie, czy jakoś tak...

Dzień 8, czwartek: Jeannette bardzo chciała, żebym zobaczyła tu jak najwięcej, więc załatwiła mi wycieczkę do Marsylii. Moją przewodniczką została Janka, którą poznałam na urodzinach J. Tak więc mam dzień wolny i jadę do miasta, w którym urodził się Edmunt Dantes! Pododbno mówi się, ża Marsylię można pokochać albo znienawidzić. Ja za mało ją poznałam, żeby powiedzieć cokolwiek w tej materii... No, może jednak mam jakieś ciepłe uczucia, ale miłość musi dojrzewać a moja nie miała na to czasu. W każdym razie na początek Janka zaprowadziła mnie do najwyższego starego punktu w Marsylii - kościoła Notre Dame de la Garde - Matki Bożej Strażniczki. Na wieży kościoła znajduje się bowiem wielka złota figura NMP, która wskazywała drogę żaglarzom. Sam kościół jest nieco zbyt przeładowany ozdobami i turystami jak dla mnie. Na uwagę jednak zasługuje na pewno ściana wypełniona obrazami przedstawiającymi statki i podziękowaniami za opiekę nad nimi oraz zwiasające z sufitu modele statków i łodzi. Oraz - oczywiście - przykościelny teraz z widokiem na całą Marsylię - piękny! Kiedy już skończyłyśmy oglądać ten kościół, udałyśmy się na dół i, w ramach fanaberii, weszłyśmy do mijanego właśnie opactwa. Fanaberie mogą służyć człowiekowi - kościół przepiękny, romański, cichy i chłodny - czułam się, jakbym się cofnęła o tysiąc lat... Najstarsze elementy - sarkofagi - pochodziły z V w n.e. No i ludzi prawie wcale - poza nami - nie było, mogłam się więc nawet przez chwilę pomodlić. Poza kościołami udało nam się zaliczyć skep z butami (udało mi się rozwalić dwie pary i nie miałam już w czym chodzić) i kawiarenkę internetową. Wtedy też zapałałam szczerą niechęcią do francuskiej klawiatury, na której niemal wszystkie literki oraz znaki przestankowe są poprzestawiane. Fuj! Oraz szczerą sympatią - jeszcze większą niż do tej pory - do Francuzów, którzy potrafią kobietę (w sensie: mnie) zaczepić na ulicy tylko po to, żeby powiedzieć jej, że jest piękna. Janka twierdzi, że po jakimś czasie to zachowanie może się znudzić, a po jeszcze dłuższym czasie zaczyna wkurzać. Ja byłam tam krótko, więc pozostałam przy fazie zachwytu. Jaka to miła odmiana po moim "szarym charakterze"!

Kiedy koło 14.00 Janka musiała wracać do swoich spraw, ja wybrałam się na wyspę, której nazwy nie pamiętam. Mijaliśmy jednak naszą jednostką pływającą zamek If - ten w którym Dantes przesiedział 14 lat. Robi wrażenie! Następnym razem tam wysiądę i zwiedzę. "Moja" wyspa też była piękna, ze skałami, na które mogłam wejść w moich nowych klapkach (przeżyły, na szczęście), cudnymi widokami i sympatycznymi kawiarniami. Sama podóż też była świetna - łódź (czy statek - nie znam się) pruła wodę bardzo szybko, fale były wielkie, gdyż wiał silny wiatr i czułam się jak na roller coasterze - mniam!

Kiedy wróciłam na kemping byłam wykończona, ale usatysfakcjonowana. Marsylia wymaga bardziej dogłębnego poznania i zamierzam kiedyś tam wrócić.

poniedziałek, 9 sierpnia 2010

Brzydki prosiak i ślimak w bucie, czyli jak to we Francji było... cz. 2 (zdjęcia wkleję później)

Dzień 4, niedziela: Przyzwyczajamy się do życia obozowego. Jeannette chce kupić dla mnie nowy namiot, ale w niedzielę to raczej trudne - muszę więc poczekać, wymyślając coraz to nowe sposoby wchodzenia i wychodzenia z tego zepsutego. To nawet całkiem ciekawe zajęcie. J. jest osobą towarzyską i ma mnóstwo znajomych w Marsylii - dziś odwiedza nas jedna z jej przyjaciółek z chłopakiem. On też - podobnie jak wcześniej pani w Chateau i Frederick - chwali się swoją znajomością polskiego. Tym razem jest to "żubrówka". Jestem pod coraz większym wrażeniem południowych Francuzów - czarujący ludzie!

Dzień 5, poniedziałek: Odnaleziona szczęśliwym zbiegiem okoliczności kuzynka Jeannette (okazało się, że owa Lizette razem z mężem i 4 dzieci mieszka dwa namioty od nas) wybiera się z rodziną na plażę, nad morze. Zabieramy się razem z nimi - oni znają drogę, więc się podczas tej godzinnej jazdy nie gubimy. Na miejscu wieje jednak taki wiatr, że tylko witam się z daleka z pierwszy raz widzianym Morzem Śródziemnym i wracamy na kemping. Po drodze udaje nam się kupić namiot dla mnie. Z klimatyzacją!

urodzinowe naleśniki i my :)
Dzień 6, wtorek: Urodziny Jeannette. Bardzo mi zależało, żeby czuła się tego dnia naprawdę jak najlepiej. Wstałam więc wcześnie, udekorowałam nasz kawałek obozu kolorowymi flagami i pobiegłam do Lizette po zamówione zakupy - kwiaty i składniki na naleśniki. J. bardzo się ucieszyła z prezentów i z naleśników. Powiedziała, że od bardzo dawna nie obchodziła takich urodzin, a ja poczułam się świetnie. Po południu przyszło więcej gości - znajomych J., a wieczorem przyjechała Janka, była opiekunka dziewczynek. Zostawiłam je, żeby sobie pogadały, a sama poszłam na spacer. Zaliczyłam spotkanie z wkurzonymi pieskami (z 7 ich było, raczej takich większych i wcale nie były przyjazne) i przeszłam szybki kurs francuskiego. Na szczęście wyszłam z tej przygody z życiem, ale na dłuższe spacery juz się nie wybierałam.

Dzień 7, środa: Tym razem wybrałyśmy się nad morze same (reszta pojechała wcześniej), więc oczywiście się zgubiłyśy po drodze. Kiedy już jednak udało nam się dotrzeć na miejsce, to świetnie się bawiłyśmy. Mistral się nieco uspokoił i udało mi się wejść do tego upragnionego morza. Po dniu spędzonym na plaży, zjedzeniu kolacji i położeniu dziewczynek spać, postanowiłam wziąć udział w życiu pola kempingowego. Zwłaszcza, że miały być tego wieczoru międzynarodowe Scrabble - ciekawa ich byłam niesamowicie. Udało mi się przekonać Richarda, męża Lizette, żeby poszedł ze mną, bo samej to niefajnie. Poszedł i nie żałował, bo nasza drużyna wygrała. Dzięki słowu polskiemu (bo mogłam układać polskie słowa!) "zim", umieszczonemu w odpowiednim miejscu. Ha!

niedziela, 8 sierpnia 2010

Brzydki prosiak i ślimak w bucie, czyli jak to we Francji było...

Wszystkiego napisać mi się raczej nie uda, więc napiszę skrótowo i na raty, a w późniejszych postach najwyżej rozwinę...

Dzień 1, czwartek: wyjeżdżamy na spotkanie przygody. Bez GPSa, bo w sklepie z GPSami minęli się z prawdą i J. nie wgrała francuskiej mapy wystarczająco wcześnie. Robię więc za co-pilota, co samo w sobie jest przygodą. Dla wszystkich. Po zabawnym nieporozumieniu dotyczącym widelca na drodze*, dojeżdżamy do Chateau - bardzo sympatycznego B&B i, wykończone, idziemy spać.


Dzień 2, piątek: Po przepysznym śniadaniu w stylu fracuskim (świeżutkie i prosto z pieca croissanty z dżemem bądź miodem, pyszna kawa) rozmowa z gospodynią potoczyła się w kierunku mojego ukochanego polskiego języka. Okazało się, że pani domu potrafi powiedzieć "dzień dobry" oraz - całkiem dla mnie niespodziewanie - "jestem wielkim, brzydkim prosiakiem". Nie jest, ale śmialiśmy się wszyscy. Po śniadaniu i kąpieli w basenie ruszamy w dalszą drogę - na przedmieścia Marsylii do znajomych Jeannette i Annique. Niestety, mapa jest niedokładna, a opis wydrukowany z googlemaps zbyt niedokładny (albo zbyt dokładny) i się gubimy. Frederick, znajomy J., wyjeżdża po nas i eskortuje do Alloche. A potem serwuje taką kolację, że będę wspominała ją jeszcze długo.


Dzień 3, sobota: I znów pyszne jedzenie + prawdziwy szampan jako aperitif. Gospodarze są mistrzami świata w gospodarzowaniu (Frederick dzieli się ze mną swoją znajomością polskich słówek - takich jak "piwo", "wino", "wódka" i "dziękuję", a ja odpłacam się tym samym po francusku, Olga natomiast przełamuje się i rozmawia ze mną po polsku, choć wstydzi się swojego francuskiego akcentu), a ja spodziewam się, że za takim jedzeniem jak we Francji będę strasznie tęsknić po powrocie do Holandii. Mój słownik wzbogacił się o znaczenie słowa "cykada". Powyżej 25 stopni Celsjusza grają te robaczki niezmordowanie, czyli właściwie przez cały dzień. Po obiedzie (palce lizać) i deserze (francuskie sery + kolejne słowo w słowniku: "pitaja" - mniam!) jedziemy na nasz kemping i oczywiście znowu błądzimy. Annique już nie pyta, czy daleko jeszcze, tylko czy znów zabłądziłyśmy. W końcu pod wieczór udaje nam się dotrzeć do Eyguiliers i rozbić namioty. Szkoda tylko, że w moim nie działa suwak.





* angielskie fork oznacza widelec, w odniesieniu do drogi jednak - rozwidlenie. Tego nie wiedziałam i szukałam wielkiego znaku widelca na wiejskiej drodze. Cóż, przynajmniej się uśmiałyśmy.

środa, 21 lipca 2010

Francjo, nadchodzę!

Plecak spakowany, jedzenie prawie przygotowane, życzenia miłych wakacji wysłuchane. A jutro rano - witaj przygodo! Zarówno Jeannette jak i ja jesteśmy niesamowicie podekscytowane tą wyprawą. Ja - bo pierwszy raz w życiu zobaczę Morze Śródziemne i będę testować nowe (pierwsze w życiu) bikini. Jeannette pierwszy raz od dawna jedzie na kemping i zobaczy dawno niewidzianych przyjaciół z Francji. Annique nie może się doczekać spania pod namiotem, a Noeme milczy tajemniczo. Myślę jednak, że też się cieszy - w końcu bardzo lubi być na świeżym powietrzu. No, czego jak czego, ale tego jej nie zabraknie. Współczuję tylko Jeannette, że będzie przez cały czas sama prowadziła samochód - nigdy wcześniej tak nie żałowałam, że nie mam prawa jazdy! Jest to punkt pierwszy na mojej liście rzeczy do zrobienia po powrocie do Polski. Na razie jednak nie myślimy o powrotach, tylko o wyjazdach - komputera nie biorę, bo to by było zaprzeczenie idei kempingu. Jest tam jednak podobno internet i pewnie są ludzie z komputerami, więc jeśli nie wytrzymam w abstynencji, to coś napiszę :)

A tymczasem: Au revoir!

wtorek, 20 lipca 2010

ach, ta atmosfera...

W maju całe centrum Tilburga na jeden weekend zamieniało się w jeden wielki pchli targ - świetne przeżycie, jak już kiedyś pisałam. A teraz, przez 10 dni (od ubiegłego piątku do najbliższej niedzieli) zamieniło się w jeden wielki lunapark. Kurczę, nie wyobrażam sobie żeby na 10 dni zablokować centrum Warszawy po to, żeby ustawić wielkie karuzele, diabelskie młyny i rollercoastery. Prawda jednak, że Warszawa jest dużo większa od Tilburga i jest stolicą - w Amsterdamie pewnie też by tego nie zrobili. Cieszę się więc, że nie jestem w Amsterdamie.

Planowałam odwiedzić to ogromne wesołe miasteczko w ubiegłą niedzielę z koleżanką - nie mogłam się doczekać tego dnia. Niestety, koleżanka nie mogła przyjechać. Trochę mi to pokrzyżowało plany, bo pójście w takie miejsce samemu to coś zupełnie innego niż wspólna zabawa. Nic to - byłam zdeterminowana, bo takie wydarzenie ma miejsce tu tylko raz w roku i wszyscy mocno je zachwalają. Wsiadłam więc wieczorem (oczywiście, po zmroku atmosfera jest jeszcze lepsza niż w dzień) na rower i popedałowałam w kierunku centrum. Ciągle trochę smutna, że znów bez towarzystwa, wmieszałam się w tłum ludzi zmierzających w różnych kierunkach, przyglądających się tym, którzy pozwalali różnym maszynom robić ze sobą straszne rzeczy (w moim przypadku wystarczało często samo patrzenie na te megaszybkie karuzele trzęsące ludźmi w górę, dół, na boki i na ukos - normalnie i do góry nogami). Z czasem jednak zaczęłam chłonąć atmosferę imprezy wszystkimi zmysłami i pomyślałam, że to wcale nienajgorzej, że jestem tu sama. Weszłam do domu strachów, który mnie nieco rozczarował - nie liczyłam na to, że coś mnie tam przestraszy, ale bardzo lubię takie miejsca, od kiedy odwiedziłam 10 lat temu Disneyland pod Paryżem. Cóż, w Disneylandzie było to lepiej zrobione. Wrażenie z tutejszej straszącej atrakcji uratował na szczęście facet z piłą mechaniczną, któremu udało się mnie przestraszyć. Nie żałowałam więc wydanych na to €4.

Jako że kiedyś miałam całkiem niezłego cela, poszłam postrzelać do puszek - chyba wzrok mi się popsuł. W każdym razie jako nagrodę pocieszenia dostałam pluszowego kwiatka i zrobiło mi się miło. Wizyta w lunaparku bez waty cukrowej by się nie liczyła, więc kupiłam najmniejszą możliwą różowo-żółtą (rozmiar S był ogromny - boję się myśleć, jak wyglądały większe) i jeszcze mocniej poczułam tę atmosferę wesołego miasteczka. Zajadając więc przysmak dzieciństwa dotarłam do części w stylu retro - z wolnymi kolejkami, mało skomplikowanymi karuzelami i huśtawkami w kształcie statków. Tam podobało mi się najbardziej. Wsiadłam więc na staromodną latającą karuzelę i rozkoszowałam się przejażdżką z akompaniamentem w rytmie walca. Achhhh! Pięknie było. Rozumiem teraz już, dlaczego niektórzy ludzie przez cały rok zbierają kasę na tę imprezę (niestety, większość atrakcji jest dość droga). Ja na szczęście niekoniecznie chciałam korzystać z wszystkich tych machin i wystarczała mi rola widza, więc udało mi się nie przekroczyć mojego limitu. Sama zaś otoczka całego wydarzenia - smaki, zapachy, widoki i dźwięki - bezcenne.

piątek, 16 lipca 2010

lubię podróże małe i duże

Tydzień za tygodniem leci z prędkością zastraszającą - czasem zastanawiam się, gdzie ten cały czas się podziewa... No i jeszcze tylko kilka dni i... Wakacje, znów będą wakacje... Tak, wiem, że w Polsce są już od jakiegoś czasu, ale tu dopiero za tydzień. Dla Annique zaczną się chwilę wcześniej, bo jej mama chce uniknąć korków w naszej  drodze do Francji. Wyjeżdżamy w najbliższy czwartek, wracamy 8 sierpnia. Oznacza to najprawdopodobniej brak wpisów w tym czasie - w końcu na kemping nie jedzie się po to, żeby siedzieć przed komputerem. Swój stary dobry papierowy pamiętnik jednak wezmę i jeśli nie będę tak opieszała w pisaniu, jak zwykle jestem, to część przeżyć zapewnę przepiszę komputerowo i umieszczę tu. Ach, nie mogę się już doczekać tego wyjazdu, chociaż wizja południowofrancuskich upałów nieco mnie przeraża!

Zawsze lubiłam podróże, zawsze o nich marzyłam i zawsze gdzieś z tyłu głowy kołatała się myśl, że na marzeniach się skończy. Odkąd jednak udało mi się tu przyjechać, mam wrażenie, że większość rzeczy, która nas ogranicza w spełnianiu marzeń i ambicji siedzi w głowie. A przesuwanie tych granic - to dopiero frajda. Leżąca dodatkowo w naszych możliwościach! Dlatego się nie boję tego wyjazdu do Francji (poza upałami). I dlatego zastanawiam się nad zwariowanym pomysłem nauki przez ten rok jeszcze dodatkowo hiszpańskiego, żeby w sierpniu przyszłego roku pojechać do Hiszpanii na Światowe Dni Młodzieży jako wolontariuszka. Oraz już się zastanawiam, jak wszystko zorganizować, żeby skorzystać z zaproszeń w różne zakątki świata kilku poznanych tutaj au pair. I już się cieszę. A, no i coraz bardziej serio myślę o powrocie do Polski w maju na rowerze. Zajmie mi to ze dwa tygodnie, ale jakie przeżycie!

Oczyma wyobraźni widzę też siebie na słoniu w Tajlandii (Jeannette opowiadała mi o takiej swojej przygodzie - ja też chcę!), na wielbłądzie w Izraelu i w okolicach kangura w Australii. Obawiam się, że jeśli by mi zaproponowano miejsce na promie kosmicznym, to też bym na niego wsiadła.

A z drugiej strony widzę siebie w domku z ogródkiem i kominkiem (koniecznie) - z wnukami na kolanach i siwiutkim mężem na sąsiednim fotelu. Z kolejnymi wnukami na kolanach. I pewnie jakoś by się dało te wszystkie marzenia pogodzić. Pewnie trzebaby podejmować mnóstwo trudnych decyzji. Co chwila. Ale czy nie o to chodzi w życiu? W rozwijaniu się? Gdyby tak się cofać przed podejmowaniem decyzji, czekając aż problem sam się rozwiąże - to tak jakby nie żyć, prawda? A ja kocham żyć. Bo życie jest piękne* :)

I jeszcze wracając do podróży - tak sobie ostatnio pomyślałam, że najbardziej fascynującą wycieczką jest taka wgłąb siebie i w kierunku drugiego człowieka. Ja na przykład nie przestaję siebie zaskakiwać, a tym bardziej zaskakują mnie inni ludzie. I ciągle przekraczam jakieś granice, ciągle staram się doświadczyć czegoś nowego (mania pierwszych razów) albo inaczej popatrzeć na stare. I stale zachwyca mnie to, że drugiego człowieka można poznawać przez całe życie i nigdy do końca nie poznać. Bo ten, no... Pantha rei, czy jakoś tak** ;) Może i ten rodzaj podróży wymaga więcej wysiłku, ale za to nie trzeba mieć na nie ani grosza ;)





* Het leven is mooi - mam nadzieję Marto, że to czytasz i doceniasz to tłumaczenie, choć mocno spóźnione ;)
** Pozdrowienia dla wszystkich filozofów i filozofów in spe :) Czasem naprawdę żałuję, że rzuciłam te pasjonujące studia... Może kiedyś uda mi się wrócić.

niedziela, 11 lipca 2010

straszne strachy, czyli wszystkiego po trochu

Upały ostatnio męczą i nas tutaj i Was tam - wszystko ok, ale 35 stopni przez kilka dni pod rząd to stanowcza przesada. Walczymy ze skutkami upału jak możemy, stałyśmy się pod tym względem kreatywne i bezwzględne. Pierwszym krokiem było postawienie w moim pokoju wentylatora. Jeannette zastanawiała się, czy nie kupić więcej, kupiła tylko jeden, a potem żałowała. Dostać obecnie wentylator w sklepie - bezcenne. I niemal niemożliwe. Tydzień po pierwszym zakupie jednak udało jej się nabyć następne dwa. Bo weszła do sklepu jako pierwsza, tuż po dostawie. Nie chcę sobie wyobrażać, czy musiała o nie walczyć z innymi spragnionymi powietrza - nic w każdym razie na ten temat nie mówi. W ciągu 5 minut cudowne to urządzenie było znów niedostępne. No, ale za to my się cieszymy sztucznym wiatrem w mieszkaniu - super. Druga rzecz to spryskiwacz do kwiatów przy łóżku - świetna rzecz tak się spryskać chłodną wodą od czasu do czasu - stanowczo polecam!

Poprzednią sobotę spędziliśmy z kilkoma innymi au pair w Utrechcie - piękne miasto. Poznajemy się coraz lepiej i nie przestajemy się nawzajem zadziwiać. Na przykład u Mai zadziwia mnie to, że tak bardzo dziewczyna się boi podróżować - kiedy miała wsiąść sama do pociągu do Tilburga i wysiąść na odpowiedniej stacji, nie mogła spać ze zdenerwowania całą noc. Jestem z niej jednak dumna, bo nie stchórzyła, tylko zacisnęła zęby i przyjechała. Wujek Google mówi, że to się nazywa dromofobia. Może i tak, ale znajomość nazwy niewiele pomaga. Ciekawe, czy przez ten rok uda nam się ją chociaż trochę z tego wyleczyć - w końcu podróżujemy niemal co tydzień w inne miejsce. Kompletnie inaczej ze swoim strachem radzi sobie Tim - ma okropny lęk wysokości, w związku z czym skakał na bungee, wspinał się na rusztowania remontowanych budynków, a w Utrechcie wlazł z nami na najwyższą wieżę kościelną w Holandii (o ile dobrze zrozumiałam przewodnika - wieża w każdym razie była wysoka bardzo). Wieczorem natomiast wynajęliśmy kajak i pływaliśmy kanałami - piękna przygoda. Tyle że wtedy już się ochłodziło, a mądra Agata nie wzięła ze sobą żadnego okrycia wierzchniego. Jako że sukienka na ramiączka nie chroni specjalnie ani przed wodą ani przed chłodem, cały następny tydzień chodziła osłabiona, zakatorzona i kaszląca. Teraz trochę przechodzi, ale jeszcze niezupełnie.

Swoją drogą ciekawe jak ja powinnam walczyć ze swoim strachem przed upałem we Francji... Jedziemy bowiem już za niecałe dwa tygodnie i jeśli ma być tam tak gorąco, jak tu teraz, to... brr - strach nawet pomyśleć! Dobrze, że samochód ma klimatyzację...

A co do klimatyzacji, to wczorajszy dzień (kolejne spotkanie z nowymi przyjaciółmi, tym razem z Den Bosch i wycieczka nad rzekę) pobił rekord - jazda nieklimatyzowanym autobusem to tortura, którą szczególnie ciężko znoszę. Chcąc wyartykułować po angielsku moje odczucia zamierzałam powiedzieć, że potrzebuję oddychać (breathe), ale tutaj się nie da. Mój akcent pozostawia jednak wiele do życzenia, więc ostatecznie powiedziałam, że chcę się rozmnażać (breed), ale tu się nie da. Angielskojęzyczny Tim najpierw parsknął śmiechem, a potem wytłumaczył mi różnicę. Fajnie tak uczyć się na własnych błędach ;) W każdym razie ostatecznie dojechaliśmy do właściwego przystanku, doszliśmy nad wodę i zajęliśmy sie pokonywaniem strachu Mai przed wodą w ogóle i pływaniem w szczególności. Jeszcze będziemy nad tym pracować ;)

wtorek, 6 lipca 2010

życie domowe - czyli mam szczęście

Szczęściara ze mnie, naprawdę. Kiedy posłuchałam historii innych au pair o ich rodzinach goszczących, wrażenie to się tylko zwielokrotniło. Bo nie dość, że Jeannette jest niesamowicie ciepłą, inteligentną i otwartą osobą, to jeszcze mnie lubi. I ma do mnie zaufanie i dba o moje potrzeby nawet wtedy, kiedy ja o nich zapominam. Na przykład dzisiaj - ze względu na moje osłabienie - zabroniła mi pracować fizycznie. Za to kazała odpoczywać.

Niektórzy myślą, że jestem lub byłam zła na moją host mother (matkę goszczącą), że swojego czasu wyjechała na tydzień z Annique na Korsykę, zostawiając mnie samą z Noeme. Nic bardziej błędnego. Pierwszego mojego dnia tutaj opowiedziała mi o takiej możliwości i poprosiła, żebym się zorientowała, czy dam radę. Kompletnie bez presji - miałam się zastanowić, a jeśli stwierdzę, że to dla mnie za trudne, czy że nie chcę tego zrobić, zrezygnuje z wyjazdu i zrozumie. Myślałam więc o tym przez dwa tygodnie, przyglądałam się funkcjonowaniu Noeme, naszym wzajemnym relacjom i stwierdziłam, że dam radę. Zwłaszcza, że J. naprawdę potrzebowała wakacji. Nawet kiedy w noc przed jej wyjazdem okazało się, że Noeme ma gorączkę, pytała, czy czuję się na siłach, czy na pewno chcę zostać z nią sama. Trochę przestraszona, ale jednak czułam się na siłach, za to w ogóle nie czułam presji - miałam ciągłe wrażenie, że mogę zrezygnować i nikt nie będzie miał o to do mnie pretensji. J. też zapewniła mi pełne wsparcie ze strony swojej rodziny, znajomych i specjalistów z day-care, byłyśmy w stałym kontakcie - zadbała o wszystko. I mimo że stresowałam się bardzo tym, że dziecko cierpi, bo je ucho boli i że płacze a ja nie bardzo mogę zrobić cokolwiek, nie zmieniłabym tej decyzji. Przeżyłam swoją pierwszą wizytę z dzieckiem u lekarza - i to po angielsku! To zadziwiające, ile człowiek może zrobić, jeśli tylko musi... Albo jeśli uwierzy, że może. W każdym razie, teraz Noeme powoli wychodzi z tej niedyspozycji, znowu się śmieje i mniej płacze niż w tym pamiętnym tygodniu. Uff.

Cieszy mnie to, że w naszych relacjach z Schaefferami panuje wzajemność. Idąc więc za zapamiętanym z dzieciństwa przykładem mojej mamy, przygotowałam dom na ich powrót - sprzątnęłam całość od góry do dołu i z powrotem, upiekłam ciasto, kupiłam kwiaty, ulubione kulki rumowe J. (i moje też...) zrobiłam naleśniki... Żeby pokazać, że cieszę się z ich powrotu. (Moja mama tak zawsze robiła, kiedy wracaliśmy z obozów czy kolonii - dopiero niedawno to doceniłam, ale powroty do domu zawsze dobrze wspominałam.)
I czułam się z tymi przygotowaniami świetnie.

Ostatni weekend też pokazał mi, że jestem tu mile widziana - siedziałyśmy z Jeannette w ogrodzie w leniwą sobotę i rozmawiałyśmy. Powiedziała, że do tej pory starała się wyjeżdżać na weekendy, bo nie czuła się tu u siebie. Od kiedy jednak zaczęła robić różne rzeczy dla domu, urządzać ogród i od kiedy ja tu jestem, czuje że ten dom jest właśnie jej. Czuje się bardziej jak w rodzinie. Też dzięki mnie. Chyba nie muszę mówić, jak miło mi się zrobiło... A różne rzeczy dla domu i ogrodu też robimy razem - to świetna zabawa. Montowanie parasoli i półek w szopie (niestety, właśnie w sobotę jedna półka spadła - trzeba będzie wieszać na nowo...) sprawia niemałą frajdę, a satysfakcja, kiedy rzecz jest zrobiona i działa jest niesamowitą nagrodą.

Oczywiście, nie zawsze jest różowo - zwłaszcza z Annique, która ma 4 lata i różne humory. Czasem wręcz nie może żyć beze mnie, a czasem jest naprawdę niesympatyczna. Na szczęście, im lepiej się znamy, to drugie oblicze pokazuje mi coraz rzadziej. Wczoraj na przykład bardzo zmartwiła się moim stanem (jestem mocno przeziębiona i prawie wcale nie mogę mówić - głównymi dźwiękami, które z siebie wydaję jest kasłanie i smarkanie, od czasu do czasu obrzydliwe skrzeczenie). Wczoraj podczas kolacji uczestniczyłam w następującej wymianie zdań:
An.: O nie, dlaczego Agata tak mówi?
J.: Bo jest chora.
An.: Ueee, ja nie chcę, żeby Agata była chora!
J.: No to trzeba pomóc jej wyzdrowieć. Przede wszystkim musisz być dla niej baaardzo miła.
An.: Dobrze, będę bardzo miła. Agata powinna leżeć w łóżku.
J.: Tak, to po kolacji Agata pójdzie się położyć, a ty zaniesiesz jej herbatę z miodem.
An.: Taaak, i jeszcze lekarstwa.
J.: No tak, i lekarstwa.
An.: I jeszcze butelkę wina!
(tu nastąpiła przerwa na popłakanie się ze śmiechu przeze mnie. Wręcz nie mogłam przestać)
An.: Agata! Nie możesz tak się śmiać, bo ci się pogorszy i w ogóle nie będziesz mogła mówić!
Przestałam więc się śmiać, choć kosztowało mnie to sporo wysiłku.
J.: Widzisz, Annique już dobrze cię zna...

No tak, Annique zna mnie coraz lepiej, ja ją zresztą też. Lubimy spędzać razem czas - skakać na trampolinie, grać w memory i bawić się w basenie. Nie mam jednak najbledszego pojęcia, skąd wzięła jej się ta butelka wina. Naprawdę!