piątek, 26 sierpnia 2011

Jak uratować życie...

Zawsze uważałam się za osobę raczej egoistycznie nastawioną do życia i taką, którą trudno wzruszyć czyimś losem. Zwłaszcza, jeśli to los zwierzęcia. A tu się okazuje, że nie znam siebie tak dobrze, jak myślałam...

Kilka tygodni temu odwiedziłam razem z mamą i Maćkiem moją siostrę w miasteczku westernowym, gdzie pracuje podczas wakacji. Bawiliśmy się świetnie rzucając tomahawkiem (najlepiej poszło mamie), strzelając z łuku (tu rządził Maciek) i tańcząc tańce liniowe (nawet dawałam radę...), a także lejąc się kijami na słupkach (Olka pokonała wszystkich). Dzień udał się nadzwyczaj, bo poza wyjątkowymi rozrywkami spędziliśmy czas w swoim towarzystwie. No i mogliśmy podziwiać, jak Ola opiekuje się końmi, jak jeździ i skacze. Opowiedziała nam historię jednego konia, który niedawno przyjechał do nich - tak płochliwy, że nikt nie mógł sobie z nim dać rady. Bał się wszystkiego, nie dawał się dosiąść - generalnie do jazdy rekreacyjnej się nie nadawał. Kiedy jednak poznał moją siostrę i ona zaczęła się nim zajmować, nabrał trochę więcej odwagi, zmienił się. Mogliśmy oglądać, jak Ola na nim skacze i poobserwować, jak bardzo jej na tym zwierzęciu zależy...

Dalszy ciąg historii jest smutny. Jego właściciel chce konia sprzedać, a że nie udaje mu się znaleźć normalnego kupca, to postanowił skontaktować się z handlarzami końskim mięsem. Jeżeli Oli nie uda się zebrać do niedzieli (a na pewno do końca wakacji) 2000 zł potrzebnych na wykupienie konia, to pojedzie on do rzeźni. Bardzo chcę pomóc mojej siostrze - zwłaszcza że jest to koszt jednorazowy. Jej koleżanka mieszka na wsi, może zwierzę trzymać u siebie i zapewnić mu dobre warunki. Tylko nie stać jej na kupno konia. Ja na konto podane na FB już przelałam ile mogłam. Jeżeli ktoś chciałby się włączyć w pomoc dla szlachetnego zwierzęcia, to po więcej informacji i do kontaktu z moją siostrą zapraszam przez stronę http://www.facebook.com/event.php?eid=184327094970690 .

A zdjęcia z tego cudnego dnia wstawię w najbliższym czasie...